|
Był to jeden z bardziej fascynujących obozów, choć może wtedy o tym
nie myślałem. Ale potem często wspominałem go z wielkim sentymentem.
Wynikało to z nastroju – sam początek wakacji, puste i spokojne
góry, nikłe zaplecze turystyczne, chaos wprowadzany przez kierowników
i uczestników. Znaczący jest problem zdjęć z tego wyjazdu - z trudem
wygrzebałem malutkiego formatu, czarno-białe fotografie, z których
tylko 2 zdecydowałem się zamieścić na tej stronie. Natomiast dwa
kolorowe zdjęcia, też umieszczone jako ilustracja tych wspomnień, były
robione już rok później, gdzieś na szlaku granicznym koło Kanasiówki -
ale nic to...
Postanowiłem w te wakacje „zmienić swoje życie”. Znaleźć
nowych znajomych, bardziej zakorzenić się w klubie. Udało mi się aż
za dobrze. Pod koniec wakacji okazało się, że mam swoją towarzyszkę
życia, a w listopadzie zostałem wiceprezesem klubu.
Obozy letnie poprzedzone były spotkaniami przedobozowymi. Pamiętam,
że były w tym samym dniu. Sam organizowałem jeden obóz – spływ
na Wdzie. Zapisałem się na obóz Wojtka i Krzyśka w Beskid Niski i
Czupura w Beskid Żywiecki. Żałowałem, że nie mogę jechać jeszcze na
obóz Tomka w Bieszczady w drugiej połowie sierpnia, ale wtedy miałem
praktykę w Czechach. Pamiętam, że na każdy obóz wpłacało się 100 tys.
zł.
Z Gdyni jechaliśmy pociągiem do Krakowa całą noc. Tam przesiadka
(pamiętam, że aby zaznaczyć swój charakter „luzaka”,
ostentacyjnie piłem piwo „Kaiser” kupione w budce przed
dworcem w Krakowie) do Jasła bądź Krosna. Stamtąd autobusem do Dukli.
Na miejscu byliśmy dopiero wieczorem. Było tym bardziej ciemno, bo
niebo opanowały czarne chmury. Spaliśmy w Domu Turysty koło rynku.
Tuż obok był knajpa, którą w pierwszej kolejności odwiedziliśmy
(oczywiście nie wszyscy).
Następnego dnia wyruszyliśmy w góry. Mimo że, jako pozujący na luzaka,
zachęcałem, żeby jeden dzień dłużej zostać w Dukli; wejść na Cergową i
poszukać jaskiń (masyw Cergowej tak imponująco piętrzy się nad Duklą), a
poza tym skorzystać z faktu, że knajpa jest pod nosem, kierownicy nie
ulegli. I dobrze.
Start naszej wyprawy był charakterystyczny dla całego obozu. Mieliśmy
jechać autobusem do Chyrowej. Kiedy postaliśmy sobie na przystanku
już kilkanaście minut, chyba Krzysiek przypomniał sobie o czymś i
poszedł w siną dal. Być może podstemplować książeczki GOT. Część osób
też się porozłaziła. W końcu jedni pojechali, inni dojechali dopiero
następnym autobusem.
Było już chyba koło południa, kiedy zaczęliśmy podchodzić czerwonym
szlakiem na Danię. Oczywiście po drodze zgubiła się Gosia. Ktoś
poszedł jej szukać (Krzysiek?). Potem Gosia się znalazła, ale
czekaliśmy na Krzyśka, którego poszedł szukać Wojtek(?). Ponieważ
cała grupa niecierpliwiła się, więc kiedy znalazł się jeden z
kierowników, wyprawił ich w dalszą drogę czerwonym szlakiem. Zostałem
czekając, aż pozostali się zbiorą. Wreszcie ruszyliśmy za grupą
– Krzysiek, Wojtek, Maciej i ja. Szlak był słabo oznaczony w
krytycznym miejscu. Pamiętam, że szedłem z przodu z Krzyśkiem.
Poszliśmy prosto. Wojtek nas powstrzymał. Szlak skręcał. Ślady
wskazywały, że sporo osób poszło prosto w tym miejscu. Jak się potem
okazało nie tyle sporo, co cała grupa. My, słusznie czy nie (bo może
należało gonić całą wycieczkę), poszliśmy dalej zgodnie ze szlakiem
przez Polanę i Łysą Górę do Kątów. Była piękna słoneczna pogoda i
ładna trasa. Utrwaliły się wtedy zasady sprawiedliwości społecznej w
podziale dóbr konsumpcyjnych naszego obozu. Wyciągaliśmy prowiant i
dzieliliśmy na pięć równych części – dla każdego z nas po
jednej i jedna dla pozostałych, których z nami nie było.
W kątach szlak przechodził prawie że przez podwórko. Jakoś zgadaliśmy
się z gospodarzami, którzy uraczyli nas dużym garnkiem mleka i
kawałkiem chleba, który bardziej przypominał ciasto drożdżowe.
Siedzieliśmy nad Wisłoką i obżeraliśmy się. Powoli robiło się szaro,
a z Kątów do Krempnej było jeszcze kawałek drogi. Po pogawędce z
gospodarzami, opilstwie i obżarstwie nasz entuzjazm słabł.
Anegdotyczna stała się nasza rozmowa z dziadkiem, który siedział
przed domem.
- A jagód nie ma? – zagaduje Maciej.
- Niee, śniegu nie ma już trzeci rok. A gdzie idziecie?
- Do Krempnej.
- A to kawał jeszcze. Przez żydowskie trza iść. No i przez Kamień.
Kiedyś tam byłem. To jak maliny żem zbierał, na pniu siedział.
Odgarniam krzaki, patrzę, a tu taki ... pięciometrowy był, gruby.
Nigdy takiego nie widziałem ...
Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co to był za pięciometrowy potwór. Ale
cóż było robić. Pojechaliśmy PKS – em. Urokowi podróży dodał
fakt, że przy zjeżdżaniu do Krempnej autobus się zapalił. Dym leciał
gdzieś z tylnej części i rozpływał się po całym autobusie. Kierowca
nie zawracał sobie głowy takimi bzdurami, chociaż miejscowi życzliwie
mu donosili o całej sytuacji. Smród płonącej gumy trudny był zresztą
do przeoczenia. W Krempnej kierowca zatrzymał się wreszcie. Dym już
buchał spod podwozia. Pośpiesznie opuściliśmy naszą rakietę.
Widzieliśmy jeszcze, jak facet poleciał po wodę do domu. Z tyłu
błyskały płomienie. Dobrze, że bak nie wybuchł.
Jeszcze kawałek przejścia asfaltem do bazy studenckiej. Było zupełnie
ciemno. Przyświecały nam tylko robaczki świętojańskie. Baza mieściła
się obok starej zagrody. Pod jednym dachem stajnia – obora i
izdebka mieszkalna. A w bazie szczęśliwie znalazła się nasza grupa.
Dla nich trasa skończyła się bardzo szybko. Z Danii zeszli do Iwli, a
stamtąd pojechali PKS – ami do Krempnej.
Z noclegu w bazie najbardziej utkwiło mi w pamięci zejście nad potok
w celu toalety. W zupełnych ciemnościach wydawało mi się, że schodzę
do jakichś straszliwych czeluści. Trzymałem się poręczy. Niestety
siedział na niej ślimak i złapanie go nie było atrakcyjne. Ni stąd ni
zowąd oślizgłe cielsko w ręce. Rano przekonałem się, że zejście nie
ma w sobie nic nadzwyczajnego – kilkanaście błotnistych schodków.
Następnego dnia na początku trasy obejrzeliśmy cmentarz z I –
ej wojny. Wtedy jeszcze nie dostrzegałem w tych cmentarzach nic
specjalnie ciekawego. Rok później były one główną atrakcją wędrowania
po Beskidzie Niskim.
Szliśmy przez Kolanin, Świerzową na Magurę Wątkowską i do schroniska
w Bartnem. Słoneczna pogoda nie trwała długo. Zaczął padać deszcz.
Pamiętam, że trzeba było uświadomić kilku osobom, że w czasie deszczu
dobrze jest schować ubrania i śpiwór do worków. W schronisku nie było
miejsc dla tak licznej grupy.
Spaliśmy w namiotach NS. Mokre rzeczy nie miały szans wyschnąć, a
buty miałem całkiem mokre.
Następnego dnia plan nie był zbyt jasny. Mieliśmy zostać na jeszcze
jedną noc w Bartnem. Miała być wycieczka do rezerwatu Kornuty, ale
wstyd przyznać wybrałem wyprawę na piwo. Parę osób postanowiło zdobyć
Wapienne. Tam według mapy był „nóż i widelec”. Chłopaki
mieli mapę, na której mazakami pozaznaczali miejscowości zawierające
„nóż i widelec”.
Droga do Wapiennego nie była zbyt daleka, ale też nie była krótka (ok.
15 km). Kiedy doszliśmy do baru, spożyliśmy po piwku i okazało się,
że we wsi jest sklep, a w nim piwo sporo tańsze. Kupiliśmy kratę piwa
„Góral” z browaru Grybów. Siedzieliśmy na trawiastym
stoku, słonko przyświecało. Kupiliśmy sobie jeszcze jakieś jedzenie.
No – piknik fantastyczny. Niestety czas mijał, a tu przed nami
problem powrotu. Towarzystwo zwątpiło w możliwość dojścia do Bartnego.
Zdaje się, że pojechaliśmy PKS – em do Sękowej, gdzie
odkryliśmy, że autobusy do Bartnego nie ma. Ale, że była knajpa,
wypiliśmy jeszcze po piwku. Po raz kolejny przydała się moja
chusteczka wojskowa, bo przy otwieraniu butelki pękła szyjka.
Musiałem przecedzić piwo do kubka. Kiedy siedzieliśmy w knajpie,
zaczęła się ulewa, taka porządna. Już po chwili jezdnią płynął potok
wody o głębokości 10 cm. Ulewa przeszła w deszczyk. Wyszliśmy w
drogę, bo wieczór już się zaczynał, a my kawał drogi od Bartnego.
Niespodziewaniu udało się zatrzymać stopa. Facet jechał do Ropicy, ze
4 km w stronę Bartnego. Załadowałem się na pakę. Nieświadomy jechałem
sobie z tyłu, a kierowca był zalany, z trudem utrzymywał się na
drodze. Kiedy zawracał po wysadzeniu nas, wjechał na płot. Dobrze, że
nic nam się nie stało. Deszcz znowu zaczął padać, a my jakby nigdy
nic zaczęliśmy planować odwiedziny u któregoś z mieszkańców Ropicy.
Los padł na pierwsze mieszkanie w jakichś dziwnych blokach, chyba PGR
– owskich. Wysłaliśmy dziewczyny, żeby spróbowały się wprosić.
Po chwili wróciły po nas zadowolone z udanej akcji.
Trudno się wczuć w sytuację naszej gospodyni. W końcu Ropica to nie
Zakopane i na pewno odwiedziny turystów są tam zdarzeniem wyjątkowym.
I oto zjawia się 8 osób, zmokniętych i podpitych, sygnalizując na
różne sposoby zamiar pozostania na noc. Kobieta musiała być chyba
nieco skrępowana. Z pomocą dziewczyn zrobiła nam herbatę i dużo
kanapek. Pamiętam, że była szynka i pomidory – naprawdę nam nie
pożałowała. Trochę posiedzieliśmy, a ona jakimiś sposobami ustaliła,
że w Bodakach w schronisku PTSM będzie czekał na nas gospodarz. Kiedy
deszcz przestał padać, podziękowaliśmy serdecznie za gościnę,
zabraliśmy tobołki, mokre skarpety, buty, bandaże elastyczne i
ruszyliśmy asfaltem. Mieliśmy do przejścia ok. 4 km. Miejscami było
zupełnie ciemno. Tak, że prawie wpadaliśmy na siebie.
Zanocowaliśmy w PTSM. Było tam bardzo tanio. I pusto. Dostaliśmy koce.
Miałem ze sobą swój plecak, a wraz z nim nóż, a nawet kubek i trochę
herbaty. Mogliśmy sobie zrobić coś do picia. Byliśmy już na tyle
zmęczeni, że szybko zasnęliśmy.
Rano wyruszyliśmy do Bartnego. Jeszcze wieczorem zadzwoniliśmy do
schroniska, że nocujemy w Bodakach, żeby się o nas nie martwili.
Kierownicy byli wkurzeni, że obóz zupełnie się im rozłazi, ale ja
byłem zadowolony, bo nasza wyprawa po piwo cała była świetną imprezą.
Kiedy doszliśmy do namiotów, znowu nie było wiadomo, co dalej. Ludzie
czekali na Wojtka albo Krzyśka, którzy gdzieś się zawieruszyli. Zdaje
się, że oni z kolei byli rozgoryczeni tym, że nas tj. zdobywców
Wapiennego nie ma i że nie mogą iść dalej. I gdzieś sobie poszli.
Pamiętam, że siedziałem i narzekałem na nich, twierdząc, że ze
wszystkich obozów, na których byłem (ale się wymądrzałem, przecież
wcale nie było ich dużo), ten jest najgorszy, że jest bałagan, nic
nie zaplanowane, itp. Moja gorycz wynikała z wewnętrznej paniki, bo
bałem się, że nie zdążymy kupić jedzenia i zostaniemy z pustymi
brzuchami.
Wreszcie wrócili kierownicy. Kolejne grupy uczestników zaczęły
wyruszać. Szliśmy do Smerekowca. Na Przełęczy Małastowskiej
obejrzeliśmy ładnie odnowiony cmentarz. Pogoda była piękna. Przy
zejściu do Smerekowca, późnym popołudniem, otworzył się widok na
Tatry(!) - było to dla mnie zaskakujące. W Smerekowcu spaliśmy znowu w
PTSM. Pamiętam, że urządziłem pranie skarpet i bandażu, a inni poszli
za moim przykładem. Wylewałem wodę z miski przed schroniskiem na
trawę i przy okazji wylałem skarpetkę. Znalazłem ją dopiero rano.
Jeśli się nie mylę, następnego dnia pojechaliśmy
„zwiedzić” Gorlice. Najważniejszy efekt tej wycieczki to
rozstrój żołądka, który nawiedził mnie po spożyciu niemytych owoców.
Ze Smerekowca przeszliśmy przez Banne(594) do Skwirtnego (ładna
cerkiew) na Skałkę(820), Kozie Żebro(847) do Wysowej. Zauważyliśmy, że
jakby zmieniły się góry. Stały się bardziej strome i kamieniste.
Mniej też było błota.
W Wysowej spaliśmy chyba w bazie namiotowej, chociaż zupełnie tego
nie pamiętam.
Następnego dnia atrakcyjne przejście: Ostry Wierch(938) i
Lackowa(997). Zachwycaliśmy się stromością zboczy Lackowej. A
dziewczyny piszczały przy pokonywaniu wyjątkowo ostrego zejścia.
Jeśli się nie mylę z Przełęczy Beskid schodziliśmy do Śnietnicy. Ta
absurdalna trasa miała ułatwić dotarcie do Krynicy. Ze Śnietnicy z
kolei musieliśmy zasuwać kawał drogi do szlaku. W plany te
najwyraźniej niewystarczająco został wprowadzony MM, który jak nigdy
gnał z przodu i jak relacjonowali potem naoczni świadkowie, a zarazem
osoby, które jako ostatnie widziały go tego dnia, bardzo się cieszył,
że tak świetnie odnajduje znaki. MM przemknął przez przełęcz i
zatrzymał się dopiero w Krynicy, gdzie my dotarliśmy dopiero dzień
później. Trochę się martwiliśmy jego losem, ale może to i lepiej, że
nie trafił z nami do Śnietnicy. Jedna osoba mniej do jedzenia. Trzeba
bowiem stwierdzić, że trochę zawaliliśmy sprawę prowiantu. Już od
poprzedniego dnia miałem trochę pusto w brzuchu. Skończyły się
samorzutne przystanki na trasie, przeznaczone na wyjadanie prowiantu,
bardzo popularne do tej pory. Była niedziela i żadnych szans na
kupienie czegokolwiek. Nie pomogło nachodzenie mieszkańców i żebranie.
Zresztą grupa była tak liczna, że ciężko byłoby wyżebrać
wystarczającą ilość jedzenia. Na Lackowej Maciej zagadał mijające nas
dziewczyny, czy nie mają za dużo chleba. Jedna z nich wyjęła pół
bochenka i bez słowa nam podała. Był to dla mnie wspaniały gest,
którym zachwycam się do tej pory. Przecież na pewno nie miały go za
dużo.
Kolacja w Śnietnicy była skąpa. Wyliczone kanapki na osobę. Wreszcie
sytuacja zmusiła nas do otwarcia legendarnych kapuczinerów –
zagadkowych konserw z fasoli, czy soczewicy, ze słoniną. Brunatny
kolor i rozmamłana konsystencja, tudzież niezbadany skład, dla wielu
stanowiło przeszkodę nie do pokonania. W efekcie porcje, jakie im
przydzielono, pozostały nie zjedzone, mimo burczących brzuchów.
Ranek przywitał nas pochmurną i dość chłodną pogodą. Jeść już nie
było co, z wyjątkiem niedojedzonych dwóch puszek kapuczinerów. Ślady
wskazywały, że ktoś próbował z nich jeść, ale nie zrażony postawiłem
puszkę na kuchence elektrycznej i zacząłem podgrzewać zawartość,
systematycznie mieszając. Przyłączył się Maciej z drugim kapuczinerem.
Nasz specjał powoli się rozgrzewał. Niecierpliwie próbowaliśmy co
jakiś czas, czy jest już wystarczająco ciepły, aby go szybko pożreć.
Jak to miło, że niektórzy nie są w stanie zjeść kapuczinera –
myślałem.
- Mój ma już chyba dosyć – rzucił trochę zaskoczonym głosem
Maciej. – Patrz, dno się odkleja – Maciek podważył łyżką
coś w puszce.
- Hmm, co to...? – wyciągnął TO, zużytą torebkę herbaty
ekspresowej.
Po uważnym wpatrzeniu się w głąb kapuczinera wykryć można było więcej
dziwnych artykułów: skórki jabłek, łupinki cebuli, sreberka z serków
topionych. Maciej po prostu podgrzał sobie śmietnik – puszkę,
do której dziewczyny wrzucały odpadki przy robieniu kolacji. Mimo
wielkiego głodu zrezygnowaliśmy ze zjedzenia śmieci. Wspaniałomyślnie
podzieliłem się tym, co udało mi się zagrzać.
Wyruszyliśmy szybko. pustki w brzuchu bardzo mobilizują. Niewiele
pamiętam z tej trasy. Udało nam się szybko pokonać drogę ze Śnietnicy
do szlaku – pojechaliśmy na przyczepce z bańkami mleka. Szlak
prowadził chyba dość często przez polany. Myślę, że widoki musiały
być ładne, ale już nic nie pamiętam. Kiedy doszliśmy do Mochnaczki,
niebo do tej pory pochmurne rozpogodziło się, podobnie jak nasze
twarze. Napotkaliśmy sklep spożywczy. To było po prostu wspaniałe.
Wojtek z Krzyśkiem kupili trzy chleby. Nie wiem, czemu akurat tyle.
Może sądzili, że wystarczy. Musiała to być chyba fajna scena, bo
chleby zostały rozszarpane i zniknęły zaraz po tym, jak pojawiły się
na ladzie. Chłopaki nie zdążyli jeszcze za nie zapłacić, a już ich
nie było. Jeszcze parę razy dokupywaliśmy jedzenie w sklepie, bo
ciągle wszystko natychmiast było pożerane. Dopiero po długim czasie
uczestnicy wycieczki zalegli w błogostanie na placyku przed
sklepikiem. Objedzeni, opici i jakże zadowoleni.
Z Mochnaczki podeszliśmy na Huzary i zeszliśmy do Krynicy. Przy
pijalni wód spotkaliśmy uśmiechniętego MM.
A wieczorkiem odjechaliśmy pociągiem do Gdyni.
wspominał: Szymon
|
|