BESKID NISKI 1990


Był to jeden z bardziej fascynujących obozów, choć może wtedy o tym nie myślałem. Ale potem często wspominałem go z wielkim sentymentem. Wynikało to z nastroju – sam początek wakacji, puste i spokojne góry, nikłe zaplecze turystyczne, chaos wprowadzany przez kierowników i uczestników. Znaczący jest problem zdjęć z tego wyjazdu - z trudem wygrzebałem malutkiego formatu, czarno-białe fotografie, z których tylko 2 zdecydowałem się zamieścić na tej stronie. Natomiast dwa kolorowe zdjęcia, też umieszczone jako ilustracja tych wspomnień, były robione już rok później, gdzieś na szlaku granicznym koło Kanasiówki - ale nic to...



Postanowiłem w te wakacje „zmienić swoje życie”. Znaleźć nowych znajomych, bardziej zakorzenić się w klubie. Udało mi się aż za dobrze. Pod koniec wakacji okazało się, że mam swoją towarzyszkę życia, a w listopadzie zostałem wiceprezesem klubu.
Obozy letnie poprzedzone były spotkaniami przedobozowymi. Pamiętam, że były w tym samym dniu. Sam organizowałem jeden obóz – spływ na Wdzie. Zapisałem się na obóz Wojtka i Krzyśka w Beskid Niski i Czupura w Beskid Żywiecki. Żałowałem, że nie mogę jechać jeszcze na obóz Tomka w Bieszczady w drugiej połowie sierpnia, ale wtedy miałem praktykę w Czechach. Pamiętam, że na każdy obóz wpłacało się 100 tys. zł.

Z Gdyni jechaliśmy pociągiem do Krakowa całą noc. Tam przesiadka (pamiętam, że aby zaznaczyć swój charakter „luzaka”, ostentacyjnie piłem piwo „Kaiser” kupione w budce przed dworcem w Krakowie) do Jasła bądź Krosna. Stamtąd autobusem do Dukli. Na miejscu byliśmy dopiero wieczorem. Było tym bardziej ciemno, bo niebo opanowały czarne chmury. Spaliśmy w Domu Turysty koło rynku. Tuż obok był knajpa, którą w pierwszej kolejności odwiedziliśmy (oczywiście nie wszyscy).

Następnego dnia wyruszyliśmy w góry. Mimo że, jako pozujący na luzaka, zachęcałem, żeby jeden dzień dłużej zostać w Dukli; wejść na Cergową i poszukać jaskiń (masyw Cergowej tak imponująco piętrzy się nad Duklą), a poza tym skorzystać z faktu, że knajpa jest pod nosem, kierownicy nie ulegli. I dobrze.
Start naszej wyprawy był charakterystyczny dla całego obozu. Mieliśmy jechać autobusem do Chyrowej. Kiedy postaliśmy sobie na przystanku już kilkanaście minut, chyba Krzysiek przypomniał sobie o czymś i poszedł w siną dal. Być może podstemplować książeczki GOT. Część osób też się porozłaziła. W końcu jedni pojechali, inni dojechali dopiero następnym autobusem.
Było już chyba koło południa, kiedy zaczęliśmy podchodzić czerwonym szlakiem na Danię. Oczywiście po drodze zgubiła się Gosia. Ktoś poszedł jej szukać (Krzysiek?). Potem Gosia się znalazła, ale czekaliśmy na Krzyśka, którego poszedł szukać Wojtek(?). Ponieważ cała grupa niecierpliwiła się, więc kiedy znalazł się jeden z kierowników, wyprawił ich w dalszą drogę czerwonym szlakiem. Zostałem czekając, aż pozostali się zbiorą. Wreszcie ruszyliśmy za grupą – Krzysiek, Wojtek, Maciej i ja. Szlak był słabo oznaczony w krytycznym miejscu. Pamiętam, że szedłem z przodu z Krzyśkiem. Poszliśmy prosto. Wojtek nas powstrzymał. Szlak skręcał. Ślady wskazywały, że sporo osób poszło prosto w tym miejscu. Jak się potem okazało nie tyle sporo, co cała grupa. My, słusznie czy nie (bo może należało gonić całą wycieczkę), poszliśmy dalej zgodnie ze szlakiem przez Polanę i Łysą Górę do Kątów. Była piękna słoneczna pogoda i ładna trasa. Utrwaliły się wtedy zasady sprawiedliwości społecznej w podziale dóbr konsumpcyjnych naszego obozu. Wyciągaliśmy prowiant i dzieliliśmy na pięć równych części – dla każdego z nas po jednej i jedna dla pozostałych, których z nami nie było.
W kątach szlak przechodził prawie że przez podwórko. Jakoś zgadaliśmy się z gospodarzami, którzy uraczyli nas dużym garnkiem mleka i kawałkiem chleba, który bardziej przypominał ciasto drożdżowe. Siedzieliśmy nad Wisłoką i obżeraliśmy się. Powoli robiło się szaro, a z Kątów do Krempnej było jeszcze kawałek drogi. Po pogawędce z gospodarzami, opilstwie i obżarstwie nasz entuzjazm słabł. Anegdotyczna stała się nasza rozmowa z dziadkiem, który siedział przed domem.
- A jagód nie ma? – zagaduje Maciej.
- Niee, śniegu nie ma już trzeci rok. A gdzie idziecie?
- Do Krempnej.
- A to kawał jeszcze. Przez żydowskie trza iść. No i przez Kamień. Kiedyś tam byłem. To jak maliny żem zbierał, na pniu siedział. Odgarniam krzaki, patrzę, a tu taki ... pięciometrowy był, gruby. Nigdy takiego nie widziałem ...
Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co to był za pięciometrowy potwór. Ale cóż było robić. Pojechaliśmy PKS – em. Urokowi podróży dodał fakt, że przy zjeżdżaniu do Krempnej autobus się zapalił. Dym leciał gdzieś z tylnej części i rozpływał się po całym autobusie. Kierowca nie zawracał sobie głowy takimi bzdurami, chociaż miejscowi życzliwie mu donosili o całej sytuacji. Smród płonącej gumy trudny był zresztą do przeoczenia. W Krempnej kierowca zatrzymał się wreszcie. Dym już buchał spod podwozia. Pośpiesznie opuściliśmy naszą rakietę. Widzieliśmy jeszcze, jak facet poleciał po wodę do domu. Z tyłu błyskały płomienie. Dobrze, że bak nie wybuchł.
Jeszcze kawałek przejścia asfaltem do bazy studenckiej. Było zupełnie ciemno. Przyświecały nam tylko robaczki świętojańskie. Baza mieściła się obok starej zagrody. Pod jednym dachem stajnia – obora i izdebka mieszkalna. A w bazie szczęśliwie znalazła się nasza grupa. Dla nich trasa skończyła się bardzo szybko. Z Danii zeszli do Iwli, a stamtąd pojechali PKS – ami do Krempnej.
Z noclegu w bazie najbardziej utkwiło mi w pamięci zejście nad potok w celu toalety. W zupełnych ciemnościach wydawało mi się, że schodzę do jakichś straszliwych czeluści. Trzymałem się poręczy. Niestety siedział na niej ślimak i złapanie go nie było atrakcyjne. Ni stąd ni zowąd oślizgłe cielsko w ręce. Rano przekonałem się, że zejście nie ma w sobie nic nadzwyczajnego – kilkanaście błotnistych schodków.

Następnego dnia na początku trasy obejrzeliśmy cmentarz z I – ej wojny. Wtedy jeszcze nie dostrzegałem w tych cmentarzach nic specjalnie ciekawego. Rok później były one główną atrakcją wędrowania po Beskidzie Niskim.
Szliśmy przez Kolanin, Świerzową na Magurę Wątkowską i do schroniska w Bartnem. Słoneczna pogoda nie trwała długo. Zaczął padać deszcz. Pamiętam, że trzeba było uświadomić kilku osobom, że w czasie deszczu dobrze jest schować ubrania i śpiwór do worków. W schronisku nie było miejsc dla tak licznej grupy. Spaliśmy w namiotach NS. Mokre rzeczy nie miały szans wyschnąć, a buty miałem całkiem mokre.

Następnego dnia plan nie był zbyt jasny. Mieliśmy zostać na jeszcze jedną noc w Bartnem. Miała być wycieczka do rezerwatu Kornuty, ale wstyd przyznać wybrałem wyprawę na piwo. Parę osób postanowiło zdobyć Wapienne. Tam według mapy był „nóż i widelec”. Chłopaki mieli mapę, na której mazakami pozaznaczali miejscowości zawierające „nóż i widelec”.
Droga do Wapiennego nie była zbyt daleka, ale też nie była krótka (ok. 15 km). Kiedy doszliśmy do baru, spożyliśmy po piwku i okazało się, że we wsi jest sklep, a w nim piwo sporo tańsze. Kupiliśmy kratę piwa „Góral” z browaru Grybów. Siedzieliśmy na trawiastym stoku, słonko przyświecało. Kupiliśmy sobie jeszcze jakieś jedzenie. No – piknik fantastyczny. Niestety czas mijał, a tu przed nami problem powrotu. Towarzystwo zwątpiło w możliwość dojścia do Bartnego. Zdaje się, że pojechaliśmy PKS – em do Sękowej, gdzie odkryliśmy, że autobusy do Bartnego nie ma. Ale, że była knajpa, wypiliśmy jeszcze po piwku. Po raz kolejny przydała się moja chusteczka wojskowa, bo przy otwieraniu butelki pękła szyjka. Musiałem przecedzić piwo do kubka. Kiedy siedzieliśmy w knajpie, zaczęła się ulewa, taka porządna. Już po chwili jezdnią płynął potok wody o głębokości 10 cm. Ulewa przeszła w deszczyk. Wyszliśmy w drogę, bo wieczór już się zaczynał, a my kawał drogi od Bartnego. Niespodziewaniu udało się zatrzymać stopa. Facet jechał do Ropicy, ze 4 km w stronę Bartnego. Załadowałem się na pakę. Nieświadomy jechałem sobie z tyłu, a kierowca był zalany, z trudem utrzymywał się na drodze. Kiedy zawracał po wysadzeniu nas, wjechał na płot. Dobrze, że nic nam się nie stało. Deszcz znowu zaczął padać, a my jakby nigdy nic zaczęliśmy planować odwiedziny u któregoś z mieszkańców Ropicy. Los padł na pierwsze mieszkanie w jakichś dziwnych blokach, chyba PGR – owskich. Wysłaliśmy dziewczyny, żeby spróbowały się wprosić. Po chwili wróciły po nas zadowolone z udanej akcji.
Trudno się wczuć w sytuację naszej gospodyni. W końcu Ropica to nie Zakopane i na pewno odwiedziny turystów są tam zdarzeniem wyjątkowym. I oto zjawia się 8 osób, zmokniętych i podpitych, sygnalizując na różne sposoby zamiar pozostania na noc. Kobieta musiała być chyba nieco skrępowana. Z pomocą dziewczyn zrobiła nam herbatę i dużo kanapek. Pamiętam, że była szynka i pomidory – naprawdę nam nie pożałowała. Trochę posiedzieliśmy, a ona jakimiś sposobami ustaliła, że w Bodakach w schronisku PTSM będzie czekał na nas gospodarz. Kiedy deszcz przestał padać, podziękowaliśmy serdecznie za gościnę, zabraliśmy tobołki, mokre skarpety, buty, bandaże elastyczne i ruszyliśmy asfaltem. Mieliśmy do przejścia ok. 4 km. Miejscami było zupełnie ciemno. Tak, że prawie wpadaliśmy na siebie.
Zanocowaliśmy w PTSM. Było tam bardzo tanio. I pusto. Dostaliśmy koce. Miałem ze sobą swój plecak, a wraz z nim nóż, a nawet kubek i trochę herbaty. Mogliśmy sobie zrobić coś do picia. Byliśmy już na tyle zmęczeni, że szybko zasnęliśmy.

Rano wyruszyliśmy do Bartnego. Jeszcze wieczorem zadzwoniliśmy do schroniska, że nocujemy w Bodakach, żeby się o nas nie martwili. Kierownicy byli wkurzeni, że obóz zupełnie się im rozłazi, ale ja byłem zadowolony, bo nasza wyprawa po piwo cała była świetną imprezą. Kiedy doszliśmy do namiotów, znowu nie było wiadomo, co dalej. Ludzie czekali na Wojtka albo Krzyśka, którzy gdzieś się zawieruszyli. Zdaje się, że oni z kolei byli rozgoryczeni tym, że nas tj. zdobywców Wapiennego nie ma i że nie mogą iść dalej. I gdzieś sobie poszli.
Pamiętam, że siedziałem i narzekałem na nich, twierdząc, że ze wszystkich obozów, na których byłem (ale się wymądrzałem, przecież wcale nie było ich dużo), ten jest najgorszy, że jest bałagan, nic nie zaplanowane, itp. Moja gorycz wynikała z wewnętrznej paniki, bo bałem się, że nie zdążymy kupić jedzenia i zostaniemy z pustymi brzuchami.
Wreszcie wrócili kierownicy. Kolejne grupy uczestników zaczęły wyruszać. Szliśmy do Smerekowca. Na Przełęczy Małastowskiej obejrzeliśmy ładnie odnowiony cmentarz. Pogoda była piękna. Przy zejściu do Smerekowca, późnym popołudniem, otworzył się widok na Tatry(!) - było to dla mnie zaskakujące. W Smerekowcu spaliśmy znowu w PTSM. Pamiętam, że urządziłem pranie skarpet i bandażu, a inni poszli za moim przykładem. Wylewałem wodę z miski przed schroniskiem na trawę i przy okazji wylałem skarpetkę. Znalazłem ją dopiero rano.

Jeśli się nie mylę, następnego dnia pojechaliśmy „zwiedzić” Gorlice. Najważniejszy efekt tej wycieczki to rozstrój żołądka, który nawiedził mnie po spożyciu niemytych owoców.

Ze Smerekowca przeszliśmy przez Banne(594) do Skwirtnego (ładna cerkiew) na Skałkę(820), Kozie Żebro(847) do Wysowej. Zauważyliśmy, że jakby zmieniły się góry. Stały się bardziej strome i kamieniste. Mniej też było błota.
W Wysowej spaliśmy chyba w bazie namiotowej, chociaż zupełnie tego nie pamiętam.

Następnego dnia atrakcyjne przejście: Ostry Wierch(938) i Lackowa(997). Zachwycaliśmy się stromością zboczy Lackowej. A dziewczyny piszczały przy pokonywaniu wyjątkowo ostrego zejścia. Jeśli się nie mylę z Przełęczy Beskid schodziliśmy do Śnietnicy. Ta absurdalna trasa miała ułatwić dotarcie do Krynicy. Ze Śnietnicy z kolei musieliśmy zasuwać kawał drogi do szlaku. W plany te najwyraźniej niewystarczająco został wprowadzony MM, który jak nigdy gnał z przodu i jak relacjonowali potem naoczni świadkowie, a zarazem osoby, które jako ostatnie widziały go tego dnia, bardzo się cieszył, że tak świetnie odnajduje znaki. MM przemknął przez przełęcz i zatrzymał się dopiero w Krynicy, gdzie my dotarliśmy dopiero dzień później. Trochę się martwiliśmy jego losem, ale może to i lepiej, że nie trafił z nami do Śnietnicy. Jedna osoba mniej do jedzenia. Trzeba bowiem stwierdzić, że trochę zawaliliśmy sprawę prowiantu. Już od poprzedniego dnia miałem trochę pusto w brzuchu. Skończyły się samorzutne przystanki na trasie, przeznaczone na wyjadanie prowiantu, bardzo popularne do tej pory. Była niedziela i żadnych szans na kupienie czegokolwiek. Nie pomogło nachodzenie mieszkańców i żebranie. Zresztą grupa była tak liczna, że ciężko byłoby wyżebrać wystarczającą ilość jedzenia. Na Lackowej Maciej zagadał mijające nas dziewczyny, czy nie mają za dużo chleba. Jedna z nich wyjęła pół bochenka i bez słowa nam podała. Był to dla mnie wspaniały gest, którym zachwycam się do tej pory. Przecież na pewno nie miały go za dużo.
Kolacja w Śnietnicy była skąpa. Wyliczone kanapki na osobę. Wreszcie sytuacja zmusiła nas do otwarcia legendarnych kapuczinerów – zagadkowych konserw z fasoli, czy soczewicy, ze słoniną. Brunatny kolor i rozmamłana konsystencja, tudzież niezbadany skład, dla wielu stanowiło przeszkodę nie do pokonania. W efekcie porcje, jakie im przydzielono, pozostały nie zjedzone, mimo burczących brzuchów.

Ranek przywitał nas pochmurną i dość chłodną pogodą. Jeść już nie było co, z wyjątkiem niedojedzonych dwóch puszek kapuczinerów. Ślady wskazywały, że ktoś próbował z nich jeść, ale nie zrażony postawiłem puszkę na kuchence elektrycznej i zacząłem podgrzewać zawartość, systematycznie mieszając. Przyłączył się Maciej z drugim kapuczinerem. Nasz specjał powoli się rozgrzewał. Niecierpliwie próbowaliśmy co jakiś czas, czy jest już wystarczająco ciepły, aby go szybko pożreć. Jak to miło, że niektórzy nie są w stanie zjeść kapuczinera – myślałem.
- Mój ma już chyba dosyć – rzucił trochę zaskoczonym głosem Maciej. – Patrz, dno się odkleja – Maciek podważył łyżką coś w puszce.
- Hmm, co to...? – wyciągnął TO, zużytą torebkę herbaty ekspresowej.
Po uważnym wpatrzeniu się w głąb kapuczinera wykryć można było więcej dziwnych artykułów: skórki jabłek, łupinki cebuli, sreberka z serków topionych. Maciej po prostu podgrzał sobie śmietnik – puszkę, do której dziewczyny wrzucały odpadki przy robieniu kolacji. Mimo wielkiego głodu zrezygnowaliśmy ze zjedzenia śmieci. Wspaniałomyślnie podzieliłem się tym, co udało mi się zagrzać.
Wyruszyliśmy szybko. pustki w brzuchu bardzo mobilizują. Niewiele pamiętam z tej trasy. Udało nam się szybko pokonać drogę ze Śnietnicy do szlaku – pojechaliśmy na przyczepce z bańkami mleka. Szlak prowadził chyba dość często przez polany. Myślę, że widoki musiały być ładne, ale już nic nie pamiętam. Kiedy doszliśmy do Mochnaczki, niebo do tej pory pochmurne rozpogodziło się, podobnie jak nasze twarze. Napotkaliśmy sklep spożywczy. To było po prostu wspaniałe. Wojtek z Krzyśkiem kupili trzy chleby. Nie wiem, czemu akurat tyle. Może sądzili, że wystarczy. Musiała to być chyba fajna scena, bo chleby zostały rozszarpane i zniknęły zaraz po tym, jak pojawiły się na ladzie. Chłopaki nie zdążyli jeszcze za nie zapłacić, a już ich nie było. Jeszcze parę razy dokupywaliśmy jedzenie w sklepie, bo ciągle wszystko natychmiast było pożerane. Dopiero po długim czasie uczestnicy wycieczki zalegli w błogostanie na placyku przed sklepikiem. Objedzeni, opici i jakże zadowoleni.
Z Mochnaczki podeszliśmy na Huzary i zeszliśmy do Krynicy. Przy pijalni wód spotkaliśmy uśmiechniętego MM.
A wieczorkiem odjechaliśmy pociągiem do Gdyni.

wspominał: Szymon