|
BESKID ŻYWIECKI 2009
(plus mały wypad na Słowację)
|
4 lipca - u znajomych
W drodze w góry zajrzeliśmy do znajomych, którzy uraczyli nas przyjacielską atmosferą i... pieczonką.
Przepis na pieczonkę:
na spód żeliwnego kociołka (mieliśmy takie jak na zdjęciu) kładzie się liście kapusty
potem warstwami:
ziemniaki pokrojone w plastry lub słupki (nie za grubo)
cebula
kiełbasa
boczek wędzony
przyprawy
na wierzchu liście kapusty
zamykamy i do żaru ogniskowego
Niestety nie pamiętam, ile czasu w ognisku siedziały, ale jak już z niego zostały wyjęte, to... mmm :)
5 lipca - Rycerka
Jak to zwykle u nas bywa, nie rezerwowaliśmy noclegu. ...Anioły zaprowadziły nas do Rycerki Dolnej, gdzie czekał na nas pokój
z 4 łóżkami, ale na tyle szerokimi, że udało nam się pomieścić. Obok pokoju była wspólna kuchnia i osobna (tylko dla nas)
łazienka. Do tego plac zabaw i drewniana huśtawka, o której marzyłam - ot, taka wakacyjna fanaberia ;-)
A nocleg w naprawdę przyzwoitej cenie.
I jak tu nie wierzyć w Anioły?
6 lipca - Wielka Racza - Przegibek
Na pierwszy ogień poszła nasza ulubiona trasa. Z reguły tak zaczynamy, bojąc się zmiany pogody, czy spadającej chęci wędrowania w miarę
mijającego urlopu uczestników wyprawy. Ulubiona trasa najczęściej jest trasą najdłuższą, co nijak się ma do teorii chodzenia po górach. W
zasadzie na rozruch powinno iść coś prostszego.
Podjechaliśmy do Rycerki Górnej, gdzie odchodzi żółty szlak na Wielką Raczę. Podejście leśne, szerokie, w miarę szybkie.
Po drodze zabawialiśmy się w zgadywanki typu: jakie to zwierzę, o którym dana osoba myśli, jaki to przedmiot. Maciek wykończył nas
prostym wyrazem "podłoga", którego w żaden sposób nie mogliśmy odgadnąć, wplątując się z każdym naprowadzającym pytaniem
w coraz większy gąszcz niepewności.
Na Raczy obowiązkowe wejście na wieżyczkę widokową, jedzenie kanapek i obijanie się. Z obijania wyszła prezentowana na zdjęciu rzeźba
z powbijanych gwoździ.
Dalsza część trasy czerwonym szlakiem to już sama przyjemność :) Takie czyste wędrowanie - słońce, ale i chmury, rozległe widoki z początku,
potem jednostronne na słowacką stronę (w tym ulubiony Szymona na Rozsutca). I dojście do Przegibka. ...Nie pamiętałam tego zejścia. Te
chatki przycupnięte na górskiej polanie. I było tak jakoś... cicho.
7 lipca - Ustroń
Tego dnia dla odmiany coś głównie dla dzieci. Chciałoby się cały czas siedzieć w środku gór i chłonąć widoki,
czuć zmęczenie, ale z dziećmi tak się nie da (przynajmniej z naszymi). Urlop mamy krótki i nie jest
to urlop tylko dla nas, rodziców, dlatego też robiąc przyjemność głównie dzieciom, wybraliśmy się do Ustronia,
do Leśnego Parku Niespodzianek. Więcej o tym miejscu możecie się dowiedzieć z naszej opowieści z wyprawy
w Beskid Śkląski z 2004 roku.
Poprzednio nie widzieliśmy sowiarni i dzieci nie skakały na trampolinie. Trampolina okazała się główną atrakcję -
wywołała wielkie niepohamowane szaleństwo :)
8 lipca - niebieski szlak - Rycerka Dolna (ciągle to poprawiam - Dolna, Górna - myli mi się bez przerwy, bo zgodnie z moją "logiką"
Dolna powinna być na dole mapy, a Górna na górze :D )
I pogoda się zepsuła.
Nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na kolejny dzień lenistwa (...Szymon nam nie pozwolił ;-) ) i trzeba było zrobić chociaż "coś".
Najbliżej mieliśmy do niebieskiego szlaku. Zaplanowaliśmy wejście na niewielką Skrzadnicę (myślałam, że może uda
się z częścią rodziny pójść dalej). Ale nie szło nam, bo nie szło dzieciom. Coś nie grało.
Zatrzymaliśmy się na polanie, aby odpocząć, głównie psychicznie ;-) Było zimon, co widać na zdjęciu. Dzieci trochę się rozerwały...
...I NAGLE... jak nie trzaśnie!!! Nie wiem, gdzie, ale miałam wrażenie, że tuż obok. Dwa uderzenia pioruna (a zimno, pogoda zupełnie nie burzowa).
...Jak się zerwałam, złapałam, co było pod ręką i W DÓŁ! Zaczęło lać. Na szczęście w dół nie było daleko. Deszcz nam nie przeszkadzał, tylko ten...
strach. ...Ale ucichło. Piorunów więcej nie było.
9 lipca - Rycerk Górna - Młada Hora - Rycerzowa - Przegibek - Rycerka Górna
To kolejna dłuższa (jak na nasze możliwości) trasa. Taka sobie pętelka.
Maciek szedł w nowiuśkich adidasach (z braku laku - białych :)). Nie rozpieszczamy biedaka. Tak jakoś wyszło (yhm, yhm), że nie kupiliśmy mu
butów przed wyjazdem. A stare przetarły się - aż do wielkiej dziury. Nie dało się już zwlekać.
***
Pogoda nas nie rozpieszczała. Przez cały dzień miały być tzw. deszcze konwekcyjne.
Za wikipedią:Opad konwekcyjny - opad atmosferyczny
powodowany wznoszeniem nagrzanego od podłoża wilgotnego powietrza i tworzeniem się ośrodka niskiego ciśnienia przy powierzchni Ziemi.
Opad konwekcyjny występuje, gdy pionowa równowaga atmosfery jest chwiejna. Powstają wówczas chmury cumulonimbus, w których
składowa pionowa ruchu powietrza jest rzędu 10-15 m/s. Czas trwania opadu waha się od kilku do kilkudziesięciu minut.
Natężenie opadu zmienia się w czasie. Rozciągłość obszaru, na którym opad konwekcyjny występuje waha się od kilku do
kilkudziesięciu kilometrów i zawiera liczne podobszary bez opadu. W związku z tym możliwe jest, że mimo prognozy opadu w
miejscu gdzie aktualnie jesteśmy nie będzie padało.
I tak to właśnie było :) Padało, raz dłużej, raz krócej; nie padało; świeciło słońce.
Największy deszcz przeczekaliśmy w przytulnej bacówce pod Rycerzową. Kupiliśmy tam również kolejną płytę z cyklu "W górach jest wszystko, co
kocham" i przykro mi to pisać... no... nie jest taka (według mnie), jak poprzednie; brakuje mi górskiego, turystycznego klimatu :(
Inna przykrość to poryty Beskid Żywiecki :( Poryty strasznie. Nie wiem, czy aż tak trzeba go eksploatować :(
Ale żeby nie kończyć pesymistycznie - cudnie nam się wędrowało, a już zejście z Przegibka z tęczami przeróżnymi u boku, przeszło nasze
oczekiwania :)
10 lipca - Słowacja I
Wymyśliliśmy wyjazd na Słowację.
Mała Fatra - Wielki Krywań.
Zaszaleliśmy i z Vratnej na Snilovske Sedlo pod Krywaniem wjechaliśmy kolejką kabinową, tym samym zyskaliśmy czas (a chmury nachodziły, nachodziły)
i nie straciliśmy chęci do wejścia na szczyt.
W górach panowała cisza. Było... dziwnie. To wrażenie potęgowały chmury, masyw Krywania, stukanie kijków o kamienie... Nie spodobało mi się
na górze, tzn. owszem widok piękny, chmury zawieszone nad doliną, intensywna zieleń, ale... te nasze brykające dzieci, a ja mam lęk wysokości.
Irracjonalnie bałam się o nie. Wiem, nie było powodu, ale to nie do przeskoczenia.
Gdy schodziliśmy, chmury przykryły nas całkowicie. Dziewczynki były zachwycone, że idą w chmurach :)
Próbowaliśmy przeczekać na stacji kolejki, ale rozpadało się na dobre, wiec zjechaliśmy w dolinę.
A na dole przyzwoita pogoda, skłaniająca do zobaczenia czegoś jeszcze. Wracając z dolnej stacji kolejki, jest zjazd w prawo do
Stefanowej, skąd odchodzą szlaki w różne diery.
Nam udało się zobaczyć dolne i nowe. Oczywiście Szymon pognałby nas jeszcze w horne, ale nie daliśmy się ;-) Zresztą... rozpadało się.
Te wszystkie drabinki, mostki to raj, szczególnie dla Gabrysi, która uwielbia takie chodzenie. I wtedy wcale, ale to wcale nie czuje się
zmęczona :) ...Nie muszę chyba dodawać, że ja psychicznie wysiadam.
Nie ma tych atrakcji w tym miejscu aż tak dużo, ale jest to malutka namiastka Słowackiego Raju.
11 lipca - Słowacja II, wieczorna wycieczka Szymona
Nie wiem, czemu zachowaliśmy się tak nieracjonalnie i zamiast wejść na coś w okolicy, pognaliśmy znowu na Słowację (a to wcale
nie tak blisko!). Pognaliśmy. Do zrealizowania był zakup suszonych bananów, które Gabrysia świetnie pamiętała z któregoś wiosennego wyjazdu
w Pieniny, kiedy to byliśmy również na słodyczowych zakupach na Słowacji. Ale to było dawno. A Słowacja przeszła na euro i zrobiło się tam
nieprzyjemnie drogo :( Banany jednak były obiecane, więc Szymon kupił. Nie pytajcie, za ile.
Drugim marzeniem (tym razem starszej córki) było zobaczenie, czy kozy jeszcze są ;-) Kozy widzieliśmy kiedyś przy młynach (Oblazy). Tam też
pojechaliśmy. Tym razem od innej strony, aby nie narażać mnie na przejście Kwaczańską doliną, gdzie jest bepieczna, bardzo szeroka
droga, ale niestety z widokiem na wielki dół ;-)
Tereny te należą do Gór Choczańskich, z Wielkim Choczem (1611) ciągle czekającym na Szymona. Są tam i drabinki, i wodospady, skałki, wąwozy.
Polecam i na pewno nie tak powinno się spędzić dzień w tych rejonach, jak my go spędziliśmy. Tyle, że my przeszliśmy to wcześniej, a teraz
miał być czysty relaks :)
Wieczorem Szymon zrobił sobie pożegnalną wycieczkę w okolice Oźnej.
...Już w głowie zakiełkowało nam przeniesienie się w okolice Bieszczad,
gdzie Szymon porzuciłby nas u przyjaciół, a sam skoczyłby jeszcze na Ukrainę, ale... w międzyczasie Gabrysia zaczęła wymiotować. I nie wiemy,
czy była to paskudna wirusówka, czy wynik nadmiernego spożycia szczawiu zajęczego na niezbyt pełny żołądek.
wspominała Kasia
|
|