|
W tym roku miało być dużo gór. Indywidualny wyjazd Szymona na Ukrainę i potem tydzień rodzinny
w Bieszczadach. Ukraina była... cała w deszczu. Powódź stulecia! Bieszczady były, ale zaledwie trzy dni.
Musieliśmy czekać z wyjazdem, aż Ania pokona gorączkowego wirusa. Także góry były, ale mało. Nie tak, jak
sobie zaplanowaliśmy. No cóż, widocznie Boży plan był zupełnie inny :)
*** Zdjęcia w tekście są miniaturkami. Można kliknąć i obejrzeć powiększenie.
jeden dzień lipcowy
Tym razem Bieszczady były blisko, bo już od tygodnia czekałam z dziećmi u przyjaciół na południu
na Szymona, który był na Ukrainie. Szymon przyjechał, Ania dostała gorączki. Nie było wiadomo,
na co jest chora i jak długo będzie chora, żeby więc skorzystać choć trochę z bliskości gór, wybrałam
się z Maćkiem i dwiema przyjaciółkami na jednodniowy wypad w Bieszczady. Jak najszybciej
wejść, pobyczyć się na trawie i szybko wracać. Plan minimum, czyli... Połonina Wetlińska.
Pognałyśmy sprawnie na górę i zaległyśmy w trawie.
...Ale mnie ciągnęło dalej. ...Widziałam pasmo, idące ku
Przełęczy Orłowicza. ...Na drzwiach wc w domu (od wewnętrznej strony,
na wprost muszli) mamy jesienne zdjęcie (wycięte z kaledarza)
Połoniny Wetlińskiej w stronę chatki, i dalej Caryńskiej, Tarnicy,
robione gdzieś na drodze do Orłowicza.
I przez cały rok myślałam - zobaczyć to na żywo :) ...Tak
daaaawno tam nie byłam. Zawsze kończyło się na chatce, no bo
z dziećmi... Sił nie starczało.
Zerwałam się więc z trawki i wyciągnęłam syna.
...Ale czasu było mało. Koleżanki musiały wracać. Umówiłam się, że
pójdę pół godziny w jedną stronę i będę wracała.
Gnaliśmy z synem, aby w te pół godziny dojść jak najdalej,
aby nacieszyć się, aby poczuć smak wędrowania. ...Po drodze jest
wzniesienie i tam ten mój "kibelkowy" widok :))) ...Zadzwoniłam,
że jeśli możemy, poszlibyśmy jeszcze (tempo mieliśmy zastraszające).
Dziewczyny zgodziły się :)
Właśnie tak we dwojkę, z dorastającym synem, szło się ...niezwykle.
trzy dni lipcowe
dzień pierwszy
Kiedy Ania skończyła chorowanie, pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych. Jak zwykle nie rezerwowaliśmy
nic wcześniej, więc było trochę zamieszania z wybraniem noclegu. Goprówka, domki drewniane koło
hotelu (ale bez możliwości gotowania i bez czajnika elektrycznego) i w końcu Kremenaros - legendarne
schronisko PTTK ;-) Szymon miał ochotę zobaczyć, jak tam jest po latach. Wolne były tylko
miejsca w ósemce, ale to tylko na dwie noce... Zdecydowaliśmy się. ...Pochopnie. Zapomnieliśmy o dzieciach,
a w zasadzie o nastolatku, który nie chciał spać w pokoju z kimś obcym. Zrozumiałe, ale dogadaliśmy
się za poźno :(
Towarzystwo w pokoju (jedna miła pani) okazało się w porządku, ale... samo schronisko to
już nie :( Nadal nie jestem wymagająca, mogę spać w ósemce, nie muszę mieć łazienki do
wyłącznie własnej dyspozycji, mogę chodzić gotować wodę w korytarzu. ...Jednak nie znoszę
brudu, szczególnie w łazience. Przy takiej masie przewijających się przez schronisko osób,
niestety, trzeba podłogę wycierać częściej.
Czasu na Bieszczady rzeczywiście mieliśmy mało, więc trzeba było szybko zorganizować się
i pognać w góry.
Podjechaliśmy na Przełęcz Wyżniańską, skąd jest szybkie wejście na Połoninę Caryńską.
...Ale dzieci nam się zacięły. Tzn. Maciek bez problemu. Za to dziewczyny - na zmianę albo idą,
albo jęczą, że już iść nie mogą. I tak już od jakiegoś czasu. Ciężko je przekonać do wysiłku.
Tym razem pomocne okazały się kijki - nasz nowy nabytek. Szły w miarę, podpierając się kijkami,
a my staraliśmy się mimo wszystko cieszyć się górami. Już na ławeczce pod lasem, kiedy niewielki
kawałek podejścia mieliśmy za sobą, dobrze było popatrzeć na Rawki i na pasmo graniczne.
A na samej Połoninie Caryńskiej była taka... wieczorna cisza, której nie mącili zalegli tam turyści.
Wszyscy wpatrzeni w dal, ucieszeni widokami.
Zejście z góry dosyć strome. Przy końcu las, mostki. Nie pamiętałam tych miejsc. Zeszliśmy do
Berehów, Szymon szybko złapał stopa i pojechał po nasz samochód.
To był udany dzień :)
dzień drugi
Po wielu deszczowych dniach, mieliśmy nadzieję na słońce. I było. A my, żeby nie przeciągać struny,
zaplanowaliśmy wycieczkę maksimum, czyli Tarnicę. Mieliśmy podjechać do Wołosatego, podejść na górę i
ewentualnie zejść do Ustrzyk przez Szeroki Wierch. Tak kołatało nam się po głowie, ale ani
Szymon, ani ja nie powiedzieliśmy tego na głos. Najpierw Tarnica, a potem... zobaczymy.
Pojechaliśmy do Wołosatego, gdzie stanęliśmy na płatnym parkingu. Było wcześnie. Poszliśmy
w stronę budki Parku Narodowego. Okazało się, że stoi tam już trochę samochodów, co nas
zaskoczyło. Ale skoro można było zaparkować bezpłatnie, to... Szymon cofnął się
po samochód. Parkingowy darował mu nawet te dwa złote za rozpoczętą godzinę. Samochodów
pod budką przybywało. Szymonowi w ostatniej chwili udało się zająć jedno z ostatnich miejsc.
Dosyć dziwny jest sposób płatności za wejście do parku. Za wejście na szlak płaci się więcej
niż na ścieżkę dydaktyczną. Dziwne, bo ścieżka od tego roku
w całości pokrywa się ze szlakiem niebieskim.
Na początku trasy jest stary cmentarz z miejscem po cerkwii. Spędziliśmy tam trochę czasu, robiąc zdjęcia.
Przez głowę przemknęły też myśli z historii.
Tuż za cmentarzem stoi żuraw i koryto. W studni woda. Można pobawić się w wyciąganie wody,
pojenie zwierząt. To dopiero było ciekawe zajęcie :) A nie jakieś tam łażenie po górach.
Dalej idzie się rozległymi łąkami, a potem lasem - cały czas pod górę. Ale nie jest to bardzo
ciężkie podejście. Maciek zajął się rozśmieszaniem Gabrysi. Wymyślał zabawne historie, bawił
się, że rozpłaszczy ją na drzewie, trzymał ją za rękę. W takiej atmosferze szło się dużo lepiej.
I o mały włos, a Gabryśka zupełnie sama pokonałaby Tarnicę. Załamała się jednak na końcowym
podejściu, gdy już było widać siodło pod Tarnicą. Namowy, przekonywania, że tyle sama(!) weszła,
że tylko trochę zostało, wjeżdzanie na ambicję, nic nie dało. Szymon musiał wziąć ją na barana.
Ale trzeba przyznać, rzeczywiście była bardzo dzielna. Zresztą na siodle z barana zeszła
i resztę drogi pokonała na własnych nogach.
Na Tarnicy tłumy ludzi. A miałam nadzieję na posiedzenie, pooglądanie widoków, oddech.
Było tylko szybkie pstrykanie zdjęć i pośpieszne zejście. Nie z powodu ludzi, ale... strachu
przed burzą. Szare, ciężkie chmury nadchodziły. Na siodełku, gdzie przysiedliśmy, aby
coś zjeść, zaczęło przebijać słońce. Sił mieliśmy dużo. Ciągnęło nas zejście przez
Szeroki Wierch - tak pięknie było go widać. Decyzja była trudna. Ale tam, nad Ustrzykami
świeciło słońce. Dzieci nie protestowały. Weszliśmy na czerwony szlak. Niestety, jedno
podejście, kawałek zejścia i wyraźne grzmoty. Żal było okrutnie. Pewnie nic by nam się nie stało,
ale... nie mogliśmy ryzykować :( Z ciężkim sercem cofnęliśmy się do siodełka i tą
samą drogą zeszliśmy w dolinę.
Mieliśmy niedosyt :(
dzień trzeci
Ostatni dzień i wielki kryzys ostatniego dnia, gdy bardziej myśli się o wyjeździe niż
o wędrowaniu. Ale potrafimy to pokonać, posyłając Szymona na wyczerpującą samodzielną
wycieczkę. Z samego rana pognał na Rawki i dalej na Krzemieniec, a my w tym czasie
spokojnie pakowaliśmy się do wyjazdu. Wrócił zmęczony, ale szczęśliwy. Mogliśmy wracać.
Jednak czasu było dużo, cały dzień przed nami, więc spokojnie po drodze mogliśmy to i owo
zobaczyć.
Najpierw podjechaliśmy do Zatwarnicy, zobaczyć największy w Bieszczadach wodospad - wodospad
na Hylatym. Nie spodziewaliśmy się niczego wielkiego i atrakcyjnego, więc miejsce nas
zaskoczyło. Po pierwsze - porządnie urządzone, schodki, murek, ławki, opis. Po drugie i
dużo ważniejsze - piękne, choć niewielkie kaskady. Spędziliśmy tam masę czasu, dziewczynki
bawiąc się kamieniami, Maciek i my robiąc zdjęcia, a wszyscy razem zajadając się serami,
kupionymi wcześniej.
W dalszej drodze zatrzymaliśmy się w jeszcze jednym, zaplanowanym
wcześniej miejscu. Obejrzeliśmy kirkut, czyli cmentarz żydowski, w Lutowiskach. Nie udało
nam się dostać drogą tuż przy szkole. Trwała akurat naprawa mostu po wcześniejszych ulewach.
Pokierowano nas polami.
Po raz pierwszy razem z dziećmi tak dokładnie mogliśmy obejrzeć cmentarz żydowski.
Chłopaki zagłębili się w opisach macew, czyli płyt nagrobnych. A ja z dziewczynkami, po kobiecemu :),
poszłyśmy je po prostu oglądać.
Na koniec podjechaliśmy obejrzeć cerkwie w Michniowcu i Bystrem, gdzie akurat pojawił się opiekun
obiektu. Mogliśmy więc zajrzeć do środka i posłuchać, jak mają się cerkwie w Bieszczadach.
I taki to był krótki wakacyjny wyjazd w Bieszczady.
wspominała Kasia
|
|