Relacja Sławka
Rozsypaniec - teraz to właściwie ja jestem rozsypany, mam pocięty palec i
trzy tygodnie zwolnienia(chory musi leżeć), choćbym chciał, to nie mogę chodzić.
A tu jak na złość zima sypnęła śniegiem, a ja zamiast uskuteczniać biegówki w
parku to siedzę w domu. Ale właśnie o biegówkach miałem pisać.
Na tydzień ferii
przyjechali do nas znajomi; no to było jasne, że ruszamy w góry. Wyruszyliśmy
w sobotę z rana. Zapakowaliśmy do "żółwia"(peugocik) narty i w drogę. Trasę
wybraliśmy ambitną, wchodzimy na Halicz na biegówkach. To moja wymarzona trasa i
ilekroć szedłem nią w lecie, to zawsze myślałem, jak by tu było super na biegówkach. Ale
najpierw do Wołosatego ok. 180km. Szymon po nocy spędzonej za kierownica teraz ułożył
się na tylnim siedzeniu i smacznie spał. To dobrze, bo na drodze lodowisko. W Wołosatem
zajechaliśmy najdalej jak się dało, i dobrze, jak się później okazało ;-) Wpięliśmy się
w nartki i w drogę. Szymon miał oczywiście obiekcje, czy da radę, już kilkanaście lat
nie miał nart na nogach itd. Oczywiście poradził sobie znakomicie. Na początku dało
się tylko dreptać, jakoś dziwnie śnieg kleił się do nart. Po godzinie marszu zapytałem,
czy czasem Szymon nie ma w plecaku świeczki, nie miał. Miał za to ładowarkę do telefonu,
fenistil gdyby czasem jakiś komar ;-) i jeszcze kilka zbędnych drobiazgów. Po następnej
godzinie zaczynaliśmy wątpić w sens taszczenia ze sobą tych nart. No wiadomo klimat,
że zima i że Halicz na nartach i tak jeszcze się upewnialiśmy, że warto. Może nie
szybciej pod górkę, ale w drodze powrotnej to nadrobimy. Ale za pół godziny nie
wytrzymałem i zatrzymałem się. Chciałem zdjąć narty i nieść je na plecach, bo skoro i
tak śniegu jest po kostki to można na butach. Odczepiłem jedną nartę i pewnie jedną
nogą staję na śniegu i tu niespodzianka, noga zapadła się po kolano i zapadłaby się
jeszcze dalej. No to było po dyskusji i już wiedzieliśmy, że bez nart to tu nie mamy
co szukać i że to dla nas jedyny sposób na dotarcie do celu.
No to w drogę, ale ta
ciągnie się i ciągnie. W lecie to pestka, a teraz idziemy i idziemy.
Pogoda super,
raz zawieja, a raz słoneczko. Podjadamy Zezole;-), po kromeczce i dalej. Jeszcze jeden
szczegół, całe picie zostało w aucie na dole, bo to jakoś za ciężko i to my właściwie
tylko na krótko. No cóż, biję się w piersi, to nie było rozsądne. Ale doszliśmy do
końca drogi asfaltowej i zaczyna się robić zimnawo, i czas się ubrać w co kto ma. To
nie było takie proste ha ha, bo jak ubrać spodnie nie wypinając nart;-). Bez nart nie
da się stać, bo od razu nogi zapadają się po pas, a wtedy jeszcze trudniej ubrać
spodnie. Problem dotyczył Szymona, moje rozpinają się z boków i miałem łatwo, mogłem
w tym czasie podjeść co nie co. A Szymon walczył dzielnie, odważył się odpiąć narty i
na nich umieścił plecak, a na nim siebie i tak udało mu się ubrać. Zostało jeszcze
później wpięcie w wiązania, ale jakoś poszło, tylko trochę ręce zmarzły. No to do góry
dziarskim krokiem, a tu kolejna niespodzianka. Nie da się iść, wieje okropnie, miota
śniegiem i co gorsza narty zapadają się po kolana w śniegu i jadą w niekontrolowany
sposób w tył. Walczę chwilę i nic, stoję bezradny w miejscu. Szymon próbuje bokiem koło
drzew, trochę lepiej ale w tym tempie to daleko nie zajdziemy. Śnieg puszysty nie
utrzymuje ciężaru narciarza, wiec szukamy drogi po takim przewianym a tam znowu
"kalafiory" (zmarznięte bryły śniegu), i trzeba między nimi lawirować. Byle dalej,
byle do góry, bo widoki coraz lepsze. Godzina późna, a my jeszcze daleko od celu.
Idziemy dalej, skoro już się wyrwaliśmy (żonaci wiedzą jak odczytać;-), to trzeba iść
jak najdalej, oczywiście w granicach rozsądku. Piękne widoki odsłaniają się na zmianę
z różnych stron, Rawki, Tarnica, Kińczyk Bukowski. Po pięciu godzinach marszu ok.
godz.15 jesteśmy na Rozsypańcu! Czuliśmy się jak himalaiści. Podaliśmy sobie dłoń i
padliśmy pod naporem wiatru. Halicz gdzieś tam jest, ale dzisiaj tam nie dotrzemy,
nawet go nie widzieliśmy. Z trudem robimy zdjęcie i zwiewamy z wiatrem w dół. Teraz
też nie jest łatwiej, wiatr pcha, a narty raz jadą jak szalone, a raz czubki wpadają
w puch jak w próżnię. Czubki wpadają głęboko, a za nimi narciarz prosto na twarz;-) i
teraz się zaczyna. Jak wstać, no bo trzeba się podeprzeć ręka, ale ta wpada w śnieg po
pachę, kijkiem to samo, kolanem też się nie da. No i "ogólna niemoc". Kilka razy musiał
mnie Szymon podnosić, bo zakopywałem się coraz głębiej, zamiast wstawać;-) a do tego
słońce zachodzi i robi się jeszcze zimniej. Sople na rzęsach połączyły się i zamarzły.
Trochę lepiej było jak jechaliśmy zygzakiem, przynajmniej wiatr tak nie popychał, bo
wiał z boku. Ostatnie widoki na przelewające się fale śniegu, prawie jak falujące trawy
jesienią i dalej jazda. Dotarliśmy do drogi i ku naszej ogromnej radości w dół dało się
zjechać. No to jazda, było tak jak sobie wymarzyłem. Sił mieliśmy coraz mniej, a tu
zrobiło się ciemno, pod koniec już nie miałem sił podnosić rąk z kijkami do góry, a
zjazdy się skończyły. Byle do szlabanu, później do leśniczówki, a sił coraz mniej.
Wlokłem się noga za nogą i myślałem o czekającej mnie jeszcze dzisiaj wieczorem
studniówce ;-) W zupełnych ciemnościach dotarliśmy do auta. Tam było picie, jedzenie i
ciepło. Do domu zostało 180 km.
To był dzień. Przedsmak, a może prawdziwie zimowa
górska wyprawa. Oby takich więcej. Po kilkunastu kilometrach w ciepłym aucie odtajały
nam różne części ciała, nawadnialiśmy się lodowatymi sokami i było mi dobrze. Jeszcze
nigdy nie byłem tak zmęczony, ale jednocześnie tak szczęśliwy. Z radością tańczyłem
na studniówce, tylko miałem problem z podnoszeniem ręki przy obrotach ;-).
wspominał - Sławek
|
zdjęcia - Sławek
|
Relacja Szymona
Piąta rano - wreszcie dojeżdżamy do domu Sławka i Magdy. Za nami 8 godzin nocnej podróży samochodem.
Ja i Kasia padamy na nosy i chętnie byśmy teraz pospali.
Tymczasem dzieciaki jak zwykle - wypoczęte :-) gotowe do zabawy i brojenia...
Ale dziś mój los jest inny niż walka o chwilkę snu z bandą podstępnych bachorów. Uciekam...
Jest 7.20 i wreszcie jedziemy. Po skrupulatnym pakowaniu, tankowaniu, a nawet wymianie żarówki w samochodzie prujemy
na południe. Wiatr szumi trochę - na dachu dumnie rozlokowały się narty biegowe i to jest
coś, co mogłoby mi spędzać sen z powiek. Bo ostatni raz "jeździłem" (przemieszczałem się)
na biegówkach 12 lat temu.
Ale sen z moich powiek cieżko jest dziś odpędzić. Jeszcze chwila i zasypiam skulony
na tylnym siedzeniu samochodu.
Budzę się w "środku zimy". Jedziemy 60 km/h po lodowisku, co sprawdzam paręnaście minut później,
kiedy Sławek zatrzymuje się i likwiduje część naszego prowiantu. Wysiadam, robię parę kroków
walcząc z bardzo ruchliwą ziemią pod nogami. Od razu wprawia mnie to w bardzo dobry humor.
Jedziemy dalej.
Mijamy Czarną, wspinamy się na zbocza Ostrego i wiem, że to już nasze
"ostatnie wrota" - dalej już z górki, no prawie. Powraca coraz więcej wspomnień
z różnych chwil przeżytych w Bieszczadach i coraz bardziej czekam na to kolejne spotkanie.
Lutowiska, Stuposiany, Ustrzyki i już Wołosate. Wysiadamy. Dylematy moralne - co zabrać z sobą,
a co zostawić w samochodzie.
- Może narty? - pojawia się nieśmiała myśl człowieka, któremu powoli powraca rozsądek.
Sławek śmieje się, nie dając mi żadnych nadziei. Za chwilę nastąpi kompromitacja...
"...GOPR znów musiał interweniować - mieszkaniec nizin wybrał się na nartach w Bieszczady.
Jak relacjonują świadkowie zamierzał dostać się na Halicz. Nieodpowiedzialny turysta
połamał się na pierwszym zjeździe 20 metrów od samochodu..."
Uff. Jednak udało mi się pokonać 10 metrową "stromiznę", a nawet po paru minutach
łapię rytm i z coraz większą przyjemnością sunę za Sławkiem.
Jest niesamowicie cicho. Świeży, miękki śnieg tłumi wszystkie dźwięki. Bo szmer potoków,
skrzypienie śniegu to też cisza. Żadnych ptaków, zwierząt, nawet nie ma śladów.
No zauważyłem 2 pająki, ale ich śladów tak łatwo się nie wytropi :-)
Sławek najwyraźniej pogrąża się w filozoficzne rozważania nad sensem życia,
a w szczególności sensem ciągnięcia na swoich stopach oklejonych śniegiem desek.
Co jakiś czas wymieniamy żartobliwe uwagi - "No, bez nart to byśmy tu nie doszli...",
albo "Halicz na nartach - jak to brzmi...". Jednak wydaje się jasne, że te 10 cm śniegu
sprawniej byśmy pokonywali bez nart. Ale tak dawno nie miałem okazji choćby
pochodzić na biegówkach, że i tak jestem bardzo zadowolony.
- Może masz świeczkę? Śnieg by się tak nie kleił - rzuca Sławek.
Sprawa nie wydaje mi się tak całkiem beznadziejna. Zamiłowanie do palenia ognisk
mogło sprawić, że mam w klapie plecaka jakąś świeczkę, a może nawet znicz...
Przegląd kieszeni ze "skarbami" dostarcza nowej radości.
Pierwsza rzecz, która wpada w ręce - wkładki laktacyjne
(dla matek karmiących bardzo przydatna rzecz).
Ładowarka do komórki, napoczęta czekolada w dziwnie szarym kolorze,
trochę plastrów itd. itp.
Hit absolutny to Fenistil.
- No jak się zgubimy i nas potem znajdą to będą mieli ubaw.
"...Mieszkaniec nizin nie miał ze sobą nic do picia, wział za to w plecaku
zapasowe buty trekkingowe i ładowarkę do telefonu. Prawdopodobnie szukając
kontaktu do podłączenia ładowarki zgubił drogę. Mimo nasmarowania się Fenistilem i
obłożenia wkładkami laktacyjnymi nie przetrwał mrozów..."
Idziemy dalej. Momentami wychyla się zza chmur słoneczko i robi się bajkowo. W połyskliwych
mgiełkach majaczy grań Rozsypańca. Do listy rzeczy, których nie wziąłem mogę dopisać okulary
przeciwsłoneczne. Mógłbym próbować zastąpić je wkładkami laktacyjnymi, ale... Może to
i dobrze, że po chwili słońce znowu się chowa.
- Popatrz, Szymon, bez nart w ogóle nie dałoby się iść - słyszę z tyłu.
Nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Sławek postanowił poprawić sobie i mi samopoczucie;
odpiął nartę i - jak oceniłem - specjalnie postawił nogę w zaspie.
- Naprawdę! Sprawdź sam - woła do mnie, ale nie chce mi się . Wreszcie ulegam i ...
noga wpada mi po kolano. Stawiam nogę jeszcze w kilku miejscach - wszędzie to samo.
Te 10cm śniegu do pokonania w butach okazuje się małym przekłamaniem. Wbijam patyk -
ma ponad pół metra. Wpada pod śnieg. Psychologia działa? Znowu raźniej ruszamy pod górę.
Wreszcie robi się trochę stromiej. Już od dawna czekam, kiedy dojdziemy na "przełęcz",
tj. miejsce, gdzie szlak odbija zdecydowanie w lewo na połoninę Rozsypańca. Idziemy
jednak wolno, znacznie wolniej niż w bezśnieżnych warunkach. Może nadrobimy coś
przy zjeździe? Ale jesteśmy już na tyle wysoko, że widzimy coraz więcej - Pliszka,
kawałek Tarnicy. Wychodzi znowu słońce. Drzewa grubo oblepione śniegiem (czy jakby
szadzią?) lśnią oślepiającą bielą - splątane gałęzie wyglądają jak "stado łosi", no
może ich rogi :-)
To już górna granica lasu. Wychodzimy o kilka metrów za daleko i zaraz zawracamy zepchnięci
wiatrem. Trzeba się ubrać dodatkowo. No i znowu rozrywka. Wyciągam spodnie ortalionowe,
odpinam stuptuty, narty i - oczywiście - znowu wpadam w snieg "po uszy". Jako pomyslowy
Dobromir buduję sobie wreszcie ławeczkę z nart i plecaka, która pozwala mi spokojnie
się przebrać.
Zaciągamy kaptury i rzucamy się ponownie w żywioł. Rzucamy się i prawie leżymy. Narty
wpadają w śnieg; chwilami aż po kolana, ciężko je wyciągnąć. Wiatr spycha nas w dół,
sypie w twarz "lodowym piachem". Walczymy chwilę, ale zatrzymujemy się bezradnie.
- Nie da się iść - mówi Sławek.
Trochę nie mogę w to uwierzyć. Przecież teraz nie zawrócimy. Próbuję podejść do "grani",
gdzie, wydaje mi się, śnieg powinien być bardziej ubity. Udaje mi się wreszcie, staję
na swtardniałej skorupie, która trochę się kruszy, ale jest calkiem niezła w porównaniu
z puchatymi zaspami. Wyszukujemy teraz przed sobą takich twardych płatów; omijamy kalafiory;
metr po metrze do góry. Z lewej wyłania się masyw Wielkiej Rawki i już na nowo wiem,
po co tu jestem :-)
Mijamy "kosmiczne" figury z zasypanych świerków. Zafascynowany patrzę przed siebie,
gdzie stoi lodowy grzyb. Nigdy nie widziałem tak fantastycznych kształtów. Kiedy docieramy
do niego, okazuje się, że to jakby domek na kurzej stopce, który Królowa Śniegu
zrobiła z drogowskazu szlaku.
Teraz Sławek kieruje nas w stronę wschodniej grani - przed nami urokliwe przejście
pod wiatr przez mieszankę puchowo-kalafiorową. Zaczynam się wczuwać w losy polarników,
o których w dzieciństwie namiętnie czytałem. Jak to dobrze, że "szczeliny", w które
wpadamy mają co najwyżej pół metra. Jedna z nich w końcu mnie pokonuje i zaliczam pierwszy,
ale zdecydowanie nie ostatni dziś upadek. Próbując utrzymać równowagę na dodatek skrzywiam
dość istotnie kijek (a cały sprzęt pożyczony).
Sławek patrzy z rozbawieniem, jak szamoczę się niby żuk gnojarz, przewrócony na plecy.
Już, już wydaje mi się, że znalazłem oparcie pod rękami. Unoszę się i całe ramię
zagrzebuje się w śniegu na nowo.
- Przynajmniej człowiek nie zmarznie - mówię do Sławka. On też coś mówi do mnie;
znaczy się, rozmawiamy, chociaż nic nie słyszymy, bo nasze fale dźwiękowe wiatr już
dawno rzucił gdzieś na Semenową. A z ruchu warg trudno coś odczytać, kiedy spogląda się
przez lodowe firanki na rzęsach.
Wchodzimy na grań. Teraz to już na wszystko patrzę przez palce - zasłaniam twarz rękami,
próbując obejrzeć dolinę po wschodniej stronie, ale szybko odwracam głowę. Pewnie tak
czuje się roztocze w odkurzaczu - rozmyślam sobie, a kiedy staję na szczycie, ściskam
dłoń Sławka i bez skrupułów od razu siadam, żeby chociaż trochę osłonić się przed
działaniem odkurzacza. Sławek, jak prawdziwy bohater, po raz kolejny robi zdjęcia.
Rozstawia nawet mini statyw, czym wzbudza już całkowity podziw z mojej strony.
Parę minut chłoniemy całą scenerię dookoła. Chciałbym zapamiętać jak najwięcej na
kolejne nizinne miesiące. Co jakiś czas między lecącymi tumanami śniegu wyłania się
masyw Tarnicy, to znowu biała piramida Halicza. Ale tam nie dojdziemy. Niestety,
trzeba wracać. Sławek ma jeszcze przed sobą studniówkę, a tu już po 15-ej. Przed nami
droga powrotna. Zjazd? No niby "zjazd". W wielkim skupieniu, szukając śladów, zmierzamy
w dół, histerycznie unikając wywrotek, bo każda z nich to kolejny przypadek żuka
gnojarza.
W czasie tego zjazdu rozpaczy co jakiś czas sprawdzam, czy mam nos, bo zaczynam się
niepokoić, czy aby nie zaczyna odmarzać - w końcu nie darmo czytało się o przygodach polarników.
Macając nos, odkrywam, że nie tyle on, co jeden z palców zamienił się w międzyczasie
w lodowaty patyk. Przesadzam, nikt tak szybko nie ulega odmrożeniom - myślę sobie.
Ogrzewam palec we wnętrzu dłoni i po jakimś czasie czucie powraca wraz z piekącym bólem.
Czekam cierpliwie na Sławka, który maniacko kontynuuje sesje zdjęciowe. A ja marzę
teraz, żeby zjechać wreszcie z tej połoniny i ubrać grubsze rękawice. Na szczęście
zaliczam jeszcze kilka razy "glebę", co znakomicie poprawia ukrwienie całego ciała i
jesteśmy już na drodze na skraju lasu. Chyba dopiero teraz zaczynam sobie porządkować
w głowie to wszystko, co działo się przez ostatnie dwie godziny, i czuję wielką radość.
Zachwyt. Wdzięcznośc. Patrzę jeszcze raz na Kińczyk, łezka w oku się kręci. Jak zawsze,
kiedy czuję, że opuszczam góry. Bo już je opuszczam, chociaż przede mną jeszcze kawał drogi
do Wołosatego. Tłumię wzruszenie, wpychając sobie do otworu gębowego kanapkę z serem.
Zdejmuję sztuczne rzęsy zrobione z lodu. Próbuję lód zeskrobać też z brody i kołnierza,
ale w końcu daję za wygraną. Proponuję sławkowi nasze ulubione Zozole, ale ten wyznaje,
że marzy tylko o czymś do picia (a to jest w samochodzie). Póki jest jasno, chce dojść
jak najdalej.
Nadchodząca noc przynosi szybciej niż mrok ostrzejszy mróz. Narty suną znacznie lżej
i szybciej. Całe szczęście, bo czuję nagle szybko narastające znużenie. Dwa świetne
zjazdy i dolina robi się skandalicznie płaska.
- Masz jeszcze te Zozole, czy już wszystkie zeżarłeś? - niespodziewanie zainteresował
się Sławek. Mam jeszcze po dwa; do tego pół czekolady. Pożeramy wszystko i już
w kompletnych ciemnościach wędrujemy dalej.
- Jak tam się idzie?
- Super, jestem tylko wykończony - odpowiadam.
- Ja też - słyszę, ale nie dowierzam. Na pewno tylko tak mówi, żeby mi było raźniej.
Dochodzimy do ostatniego zakrętu ze szlabanem. Droga od pewnego czasu w fascynujący sposób
się wydłuża. W końcu jest - upragniony już samochód. Rozpakowywanie, pakowanie,
nawadnianie, nakarmianie, rozmawiane, rozmawianie, rozmawianie. Było cudownie.
wspominał - Szymon
|