CHŁOPAK WE FLANELI


Opowiadanie oparte na faktach. Wszelkie podejrzenia mile widziane :-)

Jak dobrze, że jutro wyjeżdża. Zaczęła pakować plecak. Od lat ten sam, kupiony za pierwszą wypłatę. Jakaż to była różnica, gdy założyła go po raz pierwszy - wewnętrzny stelaż, pas biodrowy, porządna regulacja pasów. Nic nie uwierało. Nie tak jak w poprzednim. Nawet podczas noszenia pustego drętwiały ramiona. I ta piekielna śruba, która wbijała się w plecy. Ale wtedy innych plecaków po prostu nie było. Cudem trafiła na tamten i oczywiście kupiła bez wahania. Jednak było w nim coś pozytywnego. Był z nią wtedy, gdy poznała ... jego.

Po raz pierwszy spotkali się na dworcu. Mieli razem z grupą klubowiczów wyjechać na obóz w Beskid Żywiecki. Uważnie rozglądała się po nieznajomych twarzach. Nietrudno było dostrzec wysokiego chłopaka we flanelowej koszuli w kratkę.
Nadjechał pociąg. Było jej smutno. To nie był jej pierwszy wyjazd w góry, a jednak czuła się niepewnie. Znała tylko "kierownika", a nie należała do tych, którzy łatwo nawiązują kontakty. Całonocna podróż, przesiadka jedna, druga. W końcu dojechali do Korbielowa. Rozprostowali trochę kości i leniwie ruszyli na szlak. Ten pierwszy dzień był szczególnie męczący, a przecież mieli do przejścia tylko nieco ponad dwie godziny. Szła obładowana plecakiem, gdzieś między jedną grupą a drugą. Nie lubiła rozmawiać w czasie marszu. Pilnowała, aby oddech był równy z krokiem. Powoli, ale w równym tempie, nie zatrzymując się niepotrzebnie, zdobywała kolejne warstwice. Kiedy doszła do schroniska na Hali Miziowej, chłopak we flaneli już tam. Zerkał do przewodnika jednocześnie wypakowując jedzenie z plecaka.
- Zjemy coś szybko, póki tamtych nie ma - powiedział dość nieoczekiwanie. Minę miał przy tym tak poważną, że nie wiedziała, czy to żart ... .
Uśmiechnęła się dyskretnie i zaczęła ściągać plecak. Chude ramiona były zdrętwiałe, plecy spocone. Miała ochotę położyć się na ławce i powygrzewać w popołudniowym słońcu. Chłopak wyjął już chleb, konserwę, żółty ser, który lekko zmienił swój kształt. Nie wiedziała, czy mu pomóc... . Grzebała w plecaku, udając że czegoś tam szuka. Gdy podniosła wzrok, chłopaka nie było. Zaczęła więc kroić chleb.
- To jednak mała malwersacyjka wspólnych zapasów? - usłyszała wesoły głos za plecami.
- No nie... Chyba zrobimy coś dla wszystkich - odpowiedziała niepewnie. Uważała się za osobę z poczuciem humoru, ale w sytuacji sam na sam z nieznajomym zupełnie głupiała.
- Przyniosłem wodę na makaron - powiedział w końcu normalnie.
Taka była ich pierwsza rozmowa.
Wieczór był chłodny, ale słoneczny. Złota polska jesień - oklepany banał, ale nie tutaj. W górach człowiek zachwyca się banałami. Tutaj ma czas, aby podziwiać wszystkie kolory jesieni. Tutaj ma czas na oglądanie każdego zachodu słońca. Tym razem był to zachód oglądany z Pilska, na które weszli w ciągu dwudziestu paru minut. Siedzieli potem wszyscy w kosodrzewinie i wpatrywali się w złotą kulę.

------------------
Kolejny dzień to było przejście czerwonym a potem żółtym szlakiem do schroniska na Krawców Wierchu. Pierwsza część trasy prowadziła przez hale. Gdzieniegdzie były jeszcze całkiem smaczne jagody. Łagodne podejścia na przemian z zejściami. Sama radość, a jednak nie mogła dzisiaj złapać rytmu. Okropnie bolały ją plecy.
- Co jest? - zauważył jej nieciekawą minę, kiedy Na Trzech Kopcach z obrzydzeniem zrzuciła plecak.
- Mam pęcherza na plecach - odpowiedziała.
- Gdzie?
- Na plecach.
Roześmiał się ... i spokojnie zajął się oglądaniem mapy. On ma ubaw, a ona iść nie może. Było jej przykro. Ktoś mógłby jej pomóc, ale za nic nie przyznałaby się, że tej pomocy oczekuje.
Potem był błotnisty, zarośnięty szlak graniczny. Na szczęście było trochę widoków, co podtrzymywało ją na duchu, ale prawdziwą radość odczuła dopiero w schronisku. Wieczorem usiedli w przytulnej jadalni. Chłopaki pili zimne piwo, dziewczyny grzane z sokiem. Ktoś grał na gitarze. Zmarznięte w czasie marszu policzki przyjemnie teraz piekły. To było to, co lubiła najbardziej. Beztroska.
- Jak twój pęcherz?
A jednak pamiętał? - pomyślała z wyraźną wdzięcznością.
- Może go wypalimy? - wyjął zza pleców olbrzymią grzałkę do gotowania wody. Roześmiała się szczerze, chociaż liczyła na coś innego.
- Pokaż ten plecak. Może coś da się zrobić.
Chłopak sprawnie usunął śrubę, która napinała pas z tyłu i zastąpił ją sznurkiem.
- A teraz dawaj plecy. Wypalimy pęcherz.
Wolałaby, żeby tak ciągle nie żartował.

------------------
Następnego dnia schodzili do Glinki. Trochę żal było tracić wysokość, ale za to mogli uzupełnić zapasy. Tylko że trzeba było iść dosyć szybko, bo później mogło zabraknąć chleba. Nie licząc początkowego błota, półtoragodzinne zejście było bardzo malownicze. W dole zalegała poranna mgiełka, która okrywała pola, pagórki, górki. Sklep przywitał ich oczywistymi pustkami, ale chleb jeszcze był. Kiedy chłopcy poprosili ekspedientkę o piwo, ta zupełnie szczerze spytała:
- Na miejscu?
W doskonałych humorach ruszyli przez górskie pola do Soblówki. Tam wybrali czarny szlak, który dosyć szybko zaczął się wznosić. To czego nie znosiła w górach, to podchodzenia. Nie znosiła, ale jednocześnie wiedziała, że bez wysiłku podejścia nie ma tego szczególnego momentu radości, gdy zdobywa się wzniesienie. Wtedy można zdjąć plecak i zachwycić się widokiem. Wtedy czuje się przyjemny chłód na spoconym ciele i bardzo szybko zapomina się o tym, że przed chwilą było ciężko.
Schronisko pod Rycerzową było w zasadzie puste. Tylko jedna para siedziała w jadalni i popijała gorącą herbatę ze wspólnego kubka. Coś na moment ścisnęło ją w środku, ale zaraz usłyszała wesoły głos, który przekomarzał się z kimś na schodach. Nie była sama!
Poranek. Ostatni dzień wędrówki. Jutro mieli już tylko zejść do Zwardonia na pociąg. Flanelowy chłopak szedł dziarsko przed nią. Starała się dotrzymać mu kroku, co nie było trudne, ponieważ plecak już tak nie uwierał. Reszta została gdzieś z tyłu, a oni szli sobie sami, nic nie mówiąc.
- Co tak łazisz za mną? - przerwał nagle miłe milczenie, zatrzymując się przy jeżynowym krzaku.
- To ty łazisz przede mną - odcięła się szybko, dostrzegając w jego głosie ironię, która w rzeczywistości była tylko wesołą zaczepką.
Potem już pilnowała, żeby nie być z nim sam na sam. Nie wiedziała, co on myśli i było jej z tym źle. A ją coraz bardziej ciągnęło do tego chłopaka, który lubił góry i ... chyba tylko góry. Trudno mu się dziwić, szczególnie, gdy ogląda się taki widok, jak ten u celu ich wędrówki. Widok z Wielkiej Raczy.*
Kiedy po kolacji chłopak we flaneli wyszedł ze schroniska, poszła za nim.
- Znowu łazisz za mną. - Humor, niestety, ciągle mu dopisywał. Mimo wszystko miała nadzieję, że w końcu coś się wyjaśni.
- Będziesz tęsknił? - odważyła się spytać. Miała wrażenie, że zadając to pytanie, odsłoniła się całkowicie.
- Już tęsknię - powiedział i po raz pierwszy nie zauważyła w jego głosie ironii. Patrzył na Rozsutca, a jego oczy były ... były załzawione. Wiedziała, że będzie tęsknił, ale nie za nią, a za górami.

------------------
Wspomnienia przerwał jej dźwięk telefonu.
- Dzieci są już u babci.
- Płakały?
- Skądże! Były zachwycone. Tłumaczyłem im całą drogę, że w końcu są na tyle duże, że mogą parę dni spędzić bez rodziców. Niedługo będę w domu... A wyprałaś mojego polara?
I pomyśleć, że kiedyś w górach wystarczała mu flanela i szary sweter.

napisała - Kasia


* - O widoku z Raczy możecie przeczytać tutaj.