|
3 maja, piątek
Jesteśmy w środku Gór Stołowych, w Pasterce.
Od środy do dzisiaj byliśmy w Pobiedziskach, koło Gniezna na "zjeździe" naszych wspólnot.
Był to czas naszego oderwania się od świata, a dzisiaj w ten świat wyruszyliśmy. Czułam, że
w gorącym okresie urlopowym i tak dostaniemy jakiś nocleg, ale gdy cel podróży był blisko,
zaczęłam panikować (taka to moja wiara ;-)). Niesłusznie.
Mamy miejsce w Pasterce, w domu "Caritasu"; czyściutki pokój z łazienką; przystępna cena
(25 zł od osoby dorosłej i 20 od Maćka). Szymon co prawda mówił, że drogo, ale gadał tak,
bo miał wielką ochotę nocować w schronisku PTTK.
Teraz tylko obawiamy się zmiany pogody. Pojawiły się rozmazane chmury i wieje silny wiatr.
Ale jeśli tylko nie będzie padać, to pogoda będzie dobra. W Górach Stołowych chodzi głównie o
skały (tak myślę, bo przecież na pewno nie wiem. Jest to dla nas nowe doświadczenie.), a je
da się oglądać i przy gorszej pogodzie.
Dzieci podróż zniosły dość dobrze, chociaż gdy jechaliśmy, wcale tak nie uważałam. Ciągle tylko:
"mama, chcę pić; chcę paluszka; chcę chrupka; chcę kanapki; chcę siku!!!" Za to na miejscu - odżyły.
Zaczęło się ganianie po łóżkach, chowanie w szafie, wybieranie miejsca do spania. One odżyły, a ja
marzę o spaniu.
4 maja, sobota
Jest słońce i ciepły wiatr. Jest wiosna z mgiełką rozrzedzonej zieleni liści na tle ciemnych świerków.
Są kukułki, liczące dzieci. Są kanarkowe pierwiosnki. Dziękuję Ci, Boże, bo w tym wszystkim jesteś Ty
i Twoja Miłość.
Byliśmy dzisiaj na Szczelińcu Wlk. (najwyższy tutejszy szczyt). Łaziliśmy tam między skałami. Były i
wąskie ciemne szczeliny, zakamarki ze śniegiem, wieżyczka z "brzydkimi i baardzo niebezpiecznymi"
(wszystko jedynie w moim odczuciu) schodami, tarasy widokowe - wiatrowiskowe. Maciek zachwycony biegał po
szlaku. Zbierał także broń: karabin, miecz, pistolet, nóż. Wszystko to bardzo przypominało patyki (?)
Anula dzielnie maszerowała albo zmęczona siedziała w nosidełku. A nam wystarczało, że dzieci nie
marudzą. Czegóż więcej potrzeba steranym rodzicom?
Szymon miał ochotę na wędrowanie bez końca, ale przekonałam go, abyśmy zwiedzili Wambierzyce. Byłam
tam z rodzicami, gdy miałam 10 lat. Chciałam porównać swoje wrażenia z rzeczywistością. Schody do
bazyliki nadal są duże. Szymek zrobił mi zdjęcie razem z dziećmi na tych schodach. Oglądaliśmy także
ruchomą szopkę i kalwarię.
Po powrocie dzieci odpoczywały, skacząc po tapczanach, wczołgując się pod nie (chodzili do piwnicy),
jeżdżąc pociągiem. Padłam na łóżko, a Szymon zajął się tym, co lubi najbardziej, czyli ... jedzeniem.
6 maja, poniedziałek
17.10 jesteśmy po wycieczce.
A wczoraj była deszczowa niedziela. Spędziliśmy sporo czasu przed telewizorem (o zgrozo!) Ale na
szczęście nie cały! Nie! Nie! O 17-ej wyruszyliśmy na podmokłą wycieczkę. Miało być krótko, a zajęło
nam półtorej godziny. Maciek był zachwycony początkiem szlaku, ponieważ mógł brykać w dziurach skalnych.
Anula natomiast, siedząc w nosidełku, dumnie trzymała parasol nad głową.
...
Wczoraj niebo zasnute było chmurami, a dzisiaj - piękna pogoda. Teraz piszę, że piękna, ale tak naprawdę
była niepewna. Chmury przewalały się po niebie i straszyły deszczem.
Na początek były Błędne Skały. Istny labirynt, wąskie szczeliny. Trzeba było ściągać plecak, żeby się przez
nie przecisnąć. Anula w jednym miejscu rozpłakała się. Było tam wąsko, mokro, ale przede wszystkim brakowało
pomocnej dłoni.
Maciek za to brykał jak niesforny źrebak. Wybiegał naprzód, mówił co chwila: "mamo, tutaj to
już naprawdę nie przejdziesz". Brykał, brykał i w końcu wbryknął w kałużę. Miał potem zabłoconą nogawkę i
koniecznie chciał wracać do pokoju. Ale nie z nami te numery. Słońce świeciło, liczyliśmy więc na to, że
spodnie szybko wyschną. Przekonaliśmy dzieci i pojechaliśmy jeszcze do Białych Skał. Według szlaku czekała
nas 2-godzinna wycieczka. Szliśmy 4 godz. (czy wszyscy idący z dziećmi tak mają?)
Ale warto było. Maciek przy pierwszych skałkach stwierdził: "zobaczyliśmy Białe Skały, więc możemy wracać."
Nie zwracając na niego uwagi, poszliśmy dalej. A dalej było "wielkie wspinanie". Zastanawiam się, czy nasz
syn przypadkiem nie zostanie skałkarzem(?) Wolałabym, aby jednak "normalnie" chodził po górach. Z drugiej
jednak strony ...
A mi najbardziej podobał się wąwóz skalny. Trochę (ale tylko trochę) przypominał Słowacki Raj. Potem z kolei
było błotnisto - świerkowe przejście, przypominające beskidy. Czuć było góry, szczególnie na ostatnim odcinku.
Szliśmy wtedy po płaskowyżu. Było trochę "strachliwych" widoków. Byłam okropna, nie pozwalając chłopakom
zbliżać się do urwisk ... i ciągle pilnowałam, żeby ktoś trzymał Maćka za rękę.
Muszę na koniec pochwalić nasze dzieci. Szły rewelacyjnie!!! Anula wychodziła z nosidełka, żeby rozprostować
kości, a potem znowu ładowała się do niego. A Maciek? No cóż? Kawał małego mężczyzny.
7 maja, wtorek
Skalne Grzyby okazały się mało emocjonujące. Co innego było dzisiaj ciekawe. Wczoraj na szlaku spotkaliśmy
rodzinę (mama w ciąży, tata, 5-letnia dziewczynka i ponad roczny maluch w nosidełku). Oni powiedzieli, że
szkoda, że nie idziemy w tę samą stronę, a Szymon na to, że jutro będziemy w Skalnych Grzybach i możemy
się spotkać.
Dzisiaj przyjeżdżamy, a oni już czekają. Trochę było nam dziwnie. W powietrzu wyczuwało się lekkie napięcie,
zarówno między rodzicami jak i dziećmi. Dzieci rozkręciły się pierwsze (no, dzisiaj to byłoby niemożliwe.
Maciek twierdzi -8lat ma obecnie- że dziewczyny są beznadziejne i wcale nie można nawet do nich się zbliżać.)
Wystarczyło poskakać między skałkami. Ale i starsi zaczęli opowiadać sobie o przeżyciach górskich.
...
I to już koniec króciutkiego wyjazdu w Góry Stołowe. W drodze powrotnej jeszcze tylko zajrzelismy do kaplicy czaszek.
Dzieci szybko zasnęły. Za to rano o 4-ej, kiedy to dojechaliśmy do domu, poczuły się wyspane i zaczęły dokazywać.
Na szczęście jedyną szkodą, jaką wyrządziły, podczas gdy my spaliśmy (nie dało się nie spać!), było pomazanie
rąk i twarzy mazakami.
Ps.
Muszę jeszcze coś wyjaśnić. We wstępie "coś dla rodziców" Ania przyznaje się, że najbardziej lubi
Góry Stołowe z powodu pluszaków, które tam są. Kiedy padało, a my snuliśmy się po miejcu naszego noclegu, miła
pani gospodyni wyciągnęła zabawki swoich wnuków, czym uszczęśliwiła Anulę tak mocno, że mała wciąż o tym pamięta.
A teraz aż strach znowu wybrać się w Stołowe. No bo jak nie będzie pluszaków?
wspominała K.B.
|
|