MACIEK I PAJĄCZEK


- Nie idę na żaden spacer! - zbuntował się Maciek. Była niedziela i jak w każdą niedzielę tata wyciągał rodzinę do lasu. A jak tata coś postanowił, to z reguły tak było. Maciek był bardzo zły. Zły ubierał buty, zły wychodził z domu i zły siedział w samochodzie.
- Nie lubię taty - myślał Maciek. - W żadnym lesie nie wyjdę z samochodu!
A las pachniał tak kusząco. Poobiednie słońce leniwie grzało. Jesienne liście rozłożyły się na ziemi. I gdy nic się nie mówiło, można było usłyszeć, jak żuk wspina się po nich. Maciek cicho siedział w samochodzie. Buzię miał bardzo mocno wykrzywioną w podkówkę.
Otworzył sobie "szyberdach" i wpuścił pachnące powietrze. A razem z zapachem do samochodu na przeźroczystej nitce spuścił się malutki pajączek.
- Idź stąd! - prychnął Maciek.
- A ty co taki zły? - usłyszał.
Rozejrzał się wokoło, ale nikogo nie zauważył. W samochodzie był tylko on, ... i ten mały pajączek.
- Co się tak gapisz? - usłyszał znowu. - Tak! To ja mówię do ciebie - grubym głosem powiedział przybysz.
Ten głos był znajomy, ale Maciek nie mógł przypomnieć sobie, skąd go zna. Buzia z podkówki zaczęła zmieniać mu się w zaciekawioną kreseczkę. Nieczęsto zdarza się przecież okazja porozmawiania z pająkiem.
- Dlaczego siedzisz w samochodzie? - spytał pajączek.
- A co cię to obchodzi? - chłopiec był w dalszym ciągu naburmuszony.
- Tylko pytam. Nie chcesz, nie odpowiadaj.
Przez chwilę było cicho. I to tak nieznośnie, że Maciek nie wytrzymał.
- Bo jestem zły! Chciałem zostać w domu, ale tata zawsze chce do lasu.
Pajączek przyjaźnie spojrzał na Maćka.
- Eee, co tak sam będziesz siedział? Chodź ...W lesie nie jest tak źle, jak myślisz.
- Nie lubię chodzić po lesie - powiedział chłopiec, ale jego słowa nie były już tak stanowcze.
Prawdę mówiąc, miał dosyć siedzenia w samochodzie. Poza tym, gadający pająk to nielada gradka.
- Nie daj się prosić - namawiał mały przybysz.
- No dooobra - zgodził się w końcu.
Pajączek usiadł na jego ramieniu i razem poszli między drzewa.
- Patrz - pająk pokazał Maćkowi morze utworzone przez powykręcane, brązowe liście bukowe.
Po morzu tym, w liściastej łódeczce płynęła rodzina granatowych żuków. Wiatr popychał ich lekko, listek kołysał się. Jakiś maluch wypadł z łódeczki, ale już po chwili gramolił się z powrotem.
- Ale niezdarny - pomyślał chłopiec.
Potem zajrzeli do mieszkania rudej wiewiórki. I wcale nie była to dziupla. Mieszkanko w kształcie kuli zrobione było z wyschniętych liści, małych gałązek, kawałków kory i niewiadomo czego jeszcze. Choć przypominało ptasie gniazdo, to jednak wchodziło się do niego od dołu. Właścicielki akurat nie było w domu. Szukali jej jeszcze koło leszczyny, na której wisiało mnóstwo orzechów. Wiewiórki nie znaleźli, ale pod leszczyną było pełno świeżych łupin i domyślili się, że wiewiórka była tu całkiem niedawno. Maciek wypchał sobie kieszenie smakowitymi orzechami.
Kawałek dalej w trawie zauważyli wspaniałe muchomory.
- Sprawdź, czy nie ma tam krasnoludków? - poważnie powiedział pajączek.
- Eee tam. One są tylko w bajkach - powątpiewał chłopiec, ale gdy pajączek odwrócił głowę, szybko zajrzał pod kapelusz muchomora. Krasnoludków niestety nie było.
Nagle usłyszeli potworny hałas, jakby w środku lasu ktoś włączył olbrzymią maszynę do szycia.
- Co to jest? - przeraził się Maciek.
- Chyba się domyślam - uśmiechnął się pajączek. - To z tamtej strony. - Pokazał ścieżkę, skręcającą w prawo.
Maciek szedł coraz szybciej, prawie już biegł. Hałas nie ustawał. Zatrzymał się pod wielkim drzewem. Ucichło... I nagle usłyszeli... przeciągły świst. Maciek aż podskoczył.
- Spokojnie - powiedział pajączek. - Popatrz. O tam, w połowie drzewa. Widzisz?
- Ha, dzięcioł - zakrzyknął Maciek.
- I po dzięciole...
Rzeczywiście, zobaczyli tylko odlatujący czarny kształt z wyraźną czerwoną czapeczką.
- To był dzięcioł czarny. Fajny gość - tłumaczył pajączek. - Znam jedną sowę, której wykuł mieszkanie. W zasadzie robił dziuplę dla siebie, ale biedaczka nie miała gdzie mieszkać, więc jej odstąpił.
- A moglibyśmy odwiedzić sowę? - nieśmiało spytał chłopiec.
- W zasadzie tak, ale... może jednak nie. Nie chciałbym jej przeszkadzać. O tej porze ucina sobie drzemkę.
Wracali już do samochodu, gdy na ścieżkę powoli wpełznął długi kształt. Maciek zatrzymał się zaskoczony.
- To padalec, tak?
- Świetnie - ucieszył się pajączek. - Po czym poznałeś?
- Tata mówił*, że padalce nie mają głowy. No wiesz, żmije mają głowy, a u padalca głowa i reszta mają taki sam kształt.
- A jakbyś go wziął do ręki - tłumaczył jeszcze przewodnik chłopca. - To zobaczyłbyś, że tuż za oczami ma takie małe otworki. To uszy. Węże ich nie mają.
Maciek nachylił się, żeby wziąć padalca do ręki, ale pajączek go powstrzymał.
- Daj mu spokój. Niechący możesz go pozbawić ogona.
- Jak jaszczurkę?
- Tak. Co prawda odrośnie mu potem drugi, ale już krótszy.
Zatrzymali się jeszcze po drodze przy pniu obrośniętym małymi grzybkami. Maciek dowiedział się, że są to opieńki. Można z nich zrobić wspaniałą zupę grzybową. Chłopiec szurał nogami w liściach, a jego buzia znowu miała kształt podkówki. Jej koniuszki jednak już nie opadały na dół, ale w uśmiechu skierowane były do góry.
- Na drugi raz będę musiał wziąć lornetkę - rozmyślał. - I atlas z grzybami. Albo nie, niewygodnie. Lepiej bedę pytał taty, co to za grzyby. Myślę, że i ptaki będzie umiał nazwać.
Chłopiec z pajączkiem na ramieniu przysiadł na zwalonym drzewie, przy samochodzie.
- Muszę już iść - powiedział pajączek, a jego gruby głos zupełnie do niego nie pasował. - Trzymaj się.
- Ej, zaczekaj! Wiem, kim jesteś - krzyknął za nim Maciek, ale pajączka już nie było.
Za to zza drzewa wyszedł tata. Chłopiec podbiegł do niego.
- W lesie jest super, wiesz? - wyszeptał i mocno przytulił się do taty, który cały oblepiony był nitkami pajęczyny.
- Wiem - grubym głosem powiedział tata.


* A tata o tym (i o innych leśnych sprawach) wiedział, bo m.in. czytał książkę Adama Wajraka "Zwierzaki Wajraka, czyli co żyje obok ciebie".
Polecamy ją w naszym moliku książkowym.