|
Latem 2002 ponownie wybraliśmy się na Halę
Gąsienicową, ale to była już zupełnie inna
wyprawa.
30 czerwca, niedziela
A my znowu jesteśmy w górach. Tym razem w Tatrach. I to gdzie?
Wcale nie w Zakopanem. Nie! Nie!
Siedzimy sobie w jadalni w
Murowańcu i wcale nie schodzimy na dół. My tutaj dzisiaj
nocujemy. I nie tylko dzisiaj, ale jeszcze cały tydzień.
Wdrapaliśmy się z całym wielkim bagażem i jeszcze
większymi ogonami. Maciek ze swoim "profesjonalnym" plecaczkiem
wytrwale piął się wzwyż. Miał pewien kryzys,
ale Szymon rozpoczął rozmowę o nowej pasji Maćka
czyli o "Tytusach" i jakoś to poszło. Szczerze mówiąc
ledwie doszłam. Plecak miałam bardzo ciężki. Ale
i tak warto było. Siedząc na Hali Gąsienicowej z bliska
widzimy ogromne, błyszczące w słońcu góry.
Jutro
planujemy wdrapać się na Kasprowy Wierch. Trochę
martwimy się cenami i małą ilością chleba.
Są to zmartwienia z gatunku tych złych "na zapas",
więc staram się je odganiać.
1 lipca, poniedziałek
Szymon był pierwszym człowiekiem, który w lipcu b.r. wszedł na
Kościelec. Był tam już o 7-ej. Tylko w ten sposób może sam połazić po
szczytach. A my w tym czasie smacznie spaliśmy w schronisku. Kiedy
już wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i o 10.45 wyruszyliśmy w góry.
Momentami było ciężko. Okazało się, że to nie tylko ciężkie plecaki
doginały nas wczoraj do ziemi. Nasze nogi przez rok odzwyczaiły się
od porządnych górskich wypraw. Miło jest czuć, że jest się znowu na
szlaku. Szłam sobie powoli na Kasprowy Wierch i rozmyślałam. Np. o
tym, że wjazd kolejką to taka szeroka ścieżka, na której nie można
nauczyć się tylu rzeczy, co na wąskiej. A czego można nauczyć się na
tej wąskiej ścieżce? Tego, jak cenna jest woda i chleb, który samemu
trzeba wnieść. O tym, że potrzebny jest drugi człowiek, który pomoże.
O tym, że i ja muszę pomóc innym. No i najważniejsze, jak cudowny
jest smak zdobycia szczytu, poprzedzony wysiłkiem, pokonaniem swoich
słabości. Tak sobie rozmyślałam, idąc w górę. Zatrzymywałam się,
rozglądałam i miałam w oczach łzy wzruszenia. Tyle dobra otrzymałam.
2 lipca, wtorek
Z utęsknieniem czekaliśmy rano na Szymona. Może mniej na niego, a
bardziej na jedzenie, które miał przynieść z Kuźnic. W końcu
przyniósł: chleby, sery, pomidory, papryki, cebule i słodkości.
Objedzeni ruszyliśmy na szlak.
Podeszliśmy do Czarnego Stawu,
potem
na przełęcz Karb i rozległą doliną z "kolorowymi" stawami wróciliśmy
do schroniska.
Tak łatwo to się pisze, a tak trudno było przejść. Kto
nie ma lęku wysokości, ten tego nie zrozumie. Tak jak trudno jest
zrozumieć to, że pomimo tego lęku, chodzę po górach. Ta prosta
wycieczka, dla mnie była psychicznie bardzo trudna. Ta przestrzeń
wkoło, ta przepaść, a potem na przełęczy kawałek wąskiej grani i do
tego ostre podmuchy wiatru. Za to z powrotem było już tylko pięknie.
Dolina ze stawami, poprzecinana strumykami, dużo kamieni, roślin i
mało .... ryb.
3 lipca, środa
Jedzenia mamy dużo, a sił coraz mniej, szczególnie wieczorem. Wtedy
to mamy ochotę leżeć, czytać, oglądać w spokoju mapy. Ale dzieci -
nie! One krzyczą, kręcą się, gadają głupoty. Brakuje mi cichych
wieczorów schroniskowych.
Chcieliśmy dzisiaj dojść na Gęsią Szyję, ale gdy zgrzani, w ciągu
dwóch godzin przeszliśmy jednogodzinny szlak, zrezygnowaliśmy. Na
szczęście w zanadrzu mieliśmy inny powrót (całkiem udany). To, co
najbardziej przeszkadzało mi dzisiaj to tabuny much, które siadały,
gdy tylko człowiek zatrzymywał się na chwilę.
4 lipca, czwartek
Leje! Najpierw specjalnie nas to nie obchodziło. Siedzieliśmy w
schronisku. Było nam sucho. Przez okno obserwowaliśmy burzę, grad i
ulewę, a także "zmoklaki", chroniące się do schroniska. A potem jakby
się przejaśniło. Liczyliśmy się z tym, że może jeszcze padać, ale
dosyć mieliśmy siedzenia w schronisku. Podeszliśmy do Czarnego Stawu.
Maciek koniecznie chciał się znaleźć w chmurze. Nad stawem chmury
przewalały się już całkiem szybko. W krótkim czasie zniknęły góry.
Padało! Najpierw było tylko wilgotno. Ubrałam Maćkowi pelerynę. Ania
dostała sztormiak. Zarzuciłam na siebie i plecak płaszcz
przeciwdeszczowy. Jeszcze trochę i zaczęło lać. Maciek był
zachwycony, zarówno pobytem w chmurach, jak i nową płachtą foliową w
wesołym żółto - zielonym kolorze. Anula została umieszczona w
nosidełku, dostała w ręce parasol i poszliśmy. Ze świadomością, że w
schronisku czekają na nas suche ubrania, łatwo było wędrować. A
padało coraz mocniej. Parasol w rękach Anuli przechylał się na boki.
Spodnie, nadzwyczaj mokre i zimne przylegały do moich nóg.
. . .
A teraz siedzimy w jadalni i popijamy ciepłą herbatę. Ktoś gra na
gitarze. Jak to dobrze, że nie musimy w deszczu schodzić do Zakopanego.
5 lipca, piątek
Chłodno, ale słonecznie. Myślałam, że podejdziemy dzisiaj tylko do
Zielonego Stawu. Myliłam się. Już w drodze zdecydowaliśmy, że
podejdziemy kawałek (jak tylko daleko pozwoli mi lęk wysokości) w
stronę Świnickiej Przełęczy.
Ale najpierw był staw, a w nim mnóstwo
pstrągów. Na początku zlewały nam się z kamieniami. Potem okazało
się, że jest ich pełno. Niektóre bajkowo wyskakiwały nad wodę.
Zdążyłam zmarznąć, tak długo je oglądaliśmy. Było zimno. Założyłam
długie spodnie i ruszyliśmy dalej. Podejście było łatwe, chociaż nie
obeszło się bez panikowania. Bałam się, że będę miała problemy ze
schodzeniem. Kiedy doszliśmy do przepięknego, kamlorastego miejsca u
stóp Świnicy, szło się już tylko cudownie. Kamienie, Długi Staw,
który był niebieskiego koloru, błękit, białe chmury, błyszczące ściany
gór i do tego połać śniegu.
Dzieciaki były zachwycone. Anula, która
wcześniej widziała śnieg z dołu i bardzo chciała się przy nim
znaleźć, ulepiła bałwanka. Byłam szczęśliwa. Tylko Szymon z
utęsknieniem spoglądał w stronę przełęczy. Liczył na to, że
podejdziemy wyżej. Jednak gdy zobaczyłam podejście podobne do tego na
Karb, przestraszyłam się. Było mi trochę żal, ale tylko trochę.
6 lipca, sobota
Zejście w doliny. I żal, że to już koniec. Może się wydawać, że to
nic wielkiego - pobyt w Murowańcu, ale dla nas to było coś. Coś na co
od dawna czekaliśmy. Obok tych wspomnień mogłyby powstać drugie,
pisane przez Szymona, który miał w tym czasie swoje i tylko swoje
poranne wycieczki na wysokie szczyty. Na to też od dawna czekał.
|
|