|
W GÓRY! (opowieść pierwsza)
|
Wakacje już minęły. Była ciepła "złota polska jesień". Liście, kasztany i żołędzie
tylko czekały na ziemi, aby ktoś je pozbierał. Nad ogrodami snuły się dymy.
- Pachnie jesienią - mówiła Ania, pociągając noskiem podczas zbierania kasztanów.
I wtedy trafiła się ta okazja. Tata miał coś do załatwienia na południu Polski i
postanowił przy okazji zabrać całą rodzinę w góry. Rodzice bardzo lubili góry.
Ania nie wiedziała, dlaczego. Ona gór nie lubiła. W dodatku tylko ona. Nawet Maciek,
jej starszy brat, dał się przekonać do górskich wędrówek. Pewnie dlatego,
że zbierał jakieś tam punkty, czy coś.
- Hura! Jedziemy w góry - wołał Maciek, gdy dowiedział się o wyprawie.
- W górach jest super!
- Nieee! Nieee! Nie! Nie jedziemy w żadne góry! - krzyknęła Ania i z płaczem
pobiegła do swojego pokoju.
- No masz. Co się stało? - spytał Miś. (Chyba pamiętacie Misia. Ania spotkała go
kiedyś na grzybobraniu.) - O co ta awantura?
- O góry!
- Ty to masz problem - burknął niedźwiadek. - W górach jest fajnie. Dlaczego nie
lubisz jeździć w góry?
- Bo tam trzeba tak dużo chodzić - jęczała Ania. - Chodzić i chodzić. A mnie zaraz
bolą nogi.
- Zdaje się, że nie masz nic do gadania - stwierdził Miś. - Skoro rodzice
zdecydowali, musisz się z tym pogodzić. Zobaczysz, będziemy się świetnie bawili.
Będą skały, przepaście i ... może jakiś ...
Ania nie usłyszała, co jeszcze będzie, bo Miś schował głowę do pudła z różnymi
przydatnymi rzeczami. Grzebał tam jakiś czas, a potem wydobył super-lornetkę i
plecaczek, i coś jeszcze ...
- Co to jest? - spytała Ania.
- To? ... To jest kompas. Niezwykle przydatna rzecz, szczególnie jak byśmy
się zgubili - odpowiedział Miś, nie myśląc, że może tym wystraszyć Anię.
- Ja nie chcę się zgubić - płakała. - Nie jadę w żadne góry! O nie!
Ostatnie dni przed wyjazdem mijały im na załatwianiu różnych ważnych spraw,
przeglądaniu map i przewodników, pakowaniu i ... wysłuchiwaniu narzekania Ani.
Rodzice marzyli już o wyjeździe, Maciek o kolejnych punktach, Miś o spotkaniu z
prawdziwym niedźwiedziem, malutka Gabrysia nie wiadomo, o czym (może o spokoju),
a Ania? No jasne! Ania marzyła o tym, aby zostać w domu.
Nareszcie nastał dzień wyjazdu. Wyjeżdżali wieczorem, jak to mieli w zwyczaju.
- Z ogonami (tata miał na myśli dzieci) nie da się inaczej.
- Znad morza w górskie przestworza - powiedział poetycko Miś, moszcząc się w
kieszonce Ani bluzy.
- Wszyscy przypięci pasami? - spytał tata.
- Taaak!
- No to jedziemy. Niech nas Bóg prowadzi.
Za oknem zapadł już zmrok. Mama włączyła kasetę z bajkami. Ania z Misiem słuchali
trochę, a potem zasnęli, przytuleni do siebie. Było im chyba bardzo miło, bo spali
całą długą podróż.
Pierwszy obudził się Miś. Ziewnął rozkosznie, poprzeciągał się na wszystkie strony
i dopiero otworzył oczy.
- O jej! A ... ale tu pięknie - wyjąkał.
Przed nimi widać było, oczywiście, góry. A tuż nad nimi dopiero co wschodzące
słońce. W dolinach siedziały mgły i wszystko było takie mięciutkie.
- Ania, obudź się! Wstawaj! - Miś podskakiwał na brzuchu dziewczynki.
- Jest pięknie.
Ania leniwie otworzyła oczy. Otworzyła i zaraz zamknęła. Nie miała ochoty obudzić
się.
- Zejdź ze mnie - burczała. - Chce mi się spać.
- Obudź się! Musisz to zobaczyć - nie przestawał Miś.
Ale Ania już się nie odezwała. Mocno zacisnęła oczy i udawała, że śpi, a po chwili
zasnęła naprawdę. Jechali jeszcze trochę, aż tata zatrzymał się na przełęczy,
z której był widok na bliskie i dalekie szczyty.
- Wysiadamy. Wstawać! Ania, "kogutka" (tak mówiła zawsze do mamy, gdy chciała ją
obudzić). Ania, śniadanie!
- Śniadanko? - spytała zaspana dziewczynka. - Lubię śniadanko ... i kolacyjkę też.
Rozkosznie było robić kanapki, siedząc na trawie, a potem pałaszować je, popijając
herbatą z termosu.
- Śniadanie z widokiem na góry - zauważył Miś w króciutkiej przerwie między jedną
a drugą kanapką.
- Pyszne! - zachwycała się Ania.
Mama karmiła Gabrysię. Maciek z tatą zajadali kanapki, spoglądając jednocześnie
na rozłożoną na trawie mapę. Coś tam szeptali, pokazywali sobie palcami i w końcu ...
- Mamy dla was propozycję - powiedział tata. - Mała wycieczka na rozgrzewkę.
Godzinka wolnym marszem i jesteśmy na tej górze. Co wy na to?
- O nie! O nie! - rozzłościła się Ania.
- Tak! Tak! - krzyczał Miś.
Gabrysia jak zwykle nic nie mówiła, a mama uśmiechnęła się przyzwalająco.
Skończyli bez pośpiechu śniadanie, spakowali plecaczki i ruszyli w górę.
Ledwie uszli kilkanaście kroków, a już było słychać:
- Bolą mnie nogi - Ania słaniała się, jakby pokonała wiele kilometrów.
Nikt się nie zatrzymał. Parę kroków i znowu to samo:
- Już nie mogę.
- Przestań marudzić - zdenerwował się Miś.
- Bolą mnie nogi - żaliła się Ania.
- A mnie nie.
- Pewnie, że ciebie nie. Przecież cały czas siedzisz w mojej kieszeni.
Miś podrapał się po łebku. No tak. Ania miała rację, ale i tak ... mogłaby
wytrzymać jeszcze kawałek. A może, a może ... - myślał niedźwiadek.
- A może - powiedział głośno - zabawimy się w zdobywców góry nad górami,
szczytu nad szczytami, wierzchołka nad wierzchołkami, czyli tego, co jest przed nami.
- Możemy spróbować - zgodziła się łaskawie Ania.
- Liczyłem na większy entuzjazm - burknął.
- Co mówisz?
- Nic, nic. ... Uwaga, uwaga zdobywcy wierzchołka nad wierzchołkami, czyli tego,
co jest przed nami - krzyczał Miś na całe swoje misiowe gardło.
- Zadanie pierwsze. Trzeba znaleźć patyk i uderzyć w drzewo pięć razy.
Ania podniosła patyk z ziemi i podbiegła kawałek w górę.
- Raz, dwa, trzy, cztery - liczyła głośno, stukając patykiem w drzewo.
- Sześć? - spytała niepewnie Misia.
- Nie, teraz pięć.
- Acha, pięć! Już!
- Brawo! Pierwsze zadanie wykonane - Miś podskakiwał w Ani kieszonce.
- A teraz trzeba znaleźć żółty szlak.
- Co to jest szlak? - spytała dziewczynka, nie zatrzymując się wcale.
Zabawa już ją wciągnęła.
- Szlak to takie kolorowe znaki na drzewie albo kamieniu - tłumaczył Miś.
- Pokazują nam, gdzie mamy iść.
- A. No tak. ... Jest. Żółto-biały szlak - Ania znowu podbiegła kawałeczek w górę,
do drzewa, na którym namalowany był żółty pasek na białym tle.
- Och Ania, Ania - kiwał głową niedźwiadek. - Te białe się nie liczą.
- Zapomniałam. Masz jeszcze zagadkę?
- Tak, tak. Kolejne zadanie to ... - zastanawiał się Miś, wypatrując czegoś z
przodu. - Kolejne zadanie to poszukać ławeczki i ...
- Odpocząć - domyśliła się Ania.
- Dobrze, chwilkę odpocząć.
To było bardzo dobre zadanie. Ania raźno pięła się pod górę z nadzieją, że wyżej
będzie stała ławeczka.
- Jest! Hura! - ucieszyła się i w podskokach podbiegła do ławki.
- Nie skacz tak, bo zaraz wypadnę - denerwował się niedźwiadek.
Krótka przerwa była im potrzebna. Ania uśmiechała się, machała nogami i paplała
coś o drzewach, kamieniach, kwiatkach. Aż miło było popatrzeć.
- Mam jeszcze jedno zadanie - powiedział Miś. - Trzeba poszukać w tamtych
krzaczkach granatowych kuleczek.
Ania zeskoczyła z ławeczki i z zainteresowaniem podbiegła do krzaczków, które
jej pokazał.
- Jagody! - uradowała się. - To są jagody.
- Naprawdę? - śmiał się. - No to zajadamy. Niedźwiedzie bardzo lubią jagody.
- Mniam, mniam - mlaskali, a ich buzie i języki szybko robiły się fioletowe.
W poszukiwaniu ostatnich jesiennych jagód szli coraz wyżej i wyżej. Do szczytu
było już naprawdę niedaleko.
- Chyba mam dosyć - zauważyła Ania. - Masz jeszcze jakąś zagadkę?
- Już nic nie mogę wymyślić - rozleniwił się niedźwiadek.
- Ale mnie bolą nogi - marudziła Ania. - ... Ja chcę na barana.
- Barana nie ma - Miś najwyraźniej był już zajęty czymś innym.
- Ale ... - nasłuchiwał. - Cicho - przytknął palec do pyszczka.
- Uuuu! Uuuu! - rozległo się w lesie.
- Aaaa! - przestraszyła się Ania.
- Cicho! - zażądał. - To chyba niedźwiedź. Wystraszysz go.
- Ale ja chcę go wystraszyć - sprzeciwiła się dziewczynka. - Nie chcę niedźwiedzia.
Uciekajmy! Tato! - krzyczała.
Groźny ryk słychać było całkiem wyraźnie. Ania, nie zważając na protesty Misia,
pognała w górę. Na szczęście do schroniska było bardzo blisko. A tam czekał już tata.
- Tato - sapała. - Tam, ... tam ... jest niedźwiedź.
- Niedźwiedź?
- Tak - potwierdził Miś. - Mogłem po raz pierwszy zobaczyć prawdziwego
niedźwiedzia, a ona uciekła.
- Ha, ha ... - zaśmiał się tata, a Ania zrobiła obrażoną minę. - To były ... jelenie.
- "Lejenie"? - przekręciła jak zwykle.
- Tak, jelenie - tłumaczył tata. - To ryczały jelenie. Zawsze tak robią jesienią.
- Myślę, że to jednak niedźwiedź - nie dowierzał Miś.
Ale nikt go nie słuchał. Ania cieszyła się, że to tylko jelenie i jeszcze, że jest
już na górze. Rodzice trzymali się za ręce i patrzeli hen przed siebie, Gabrysia
spała, a Maciek poleciał do schroniska po pamiątkową pieczątkę do swojej książeczki
z punktami.
- Nareszcie na górze, co? - spytała mama, kiedy już nacieszyła się pierwszymi widokami.
- Yhy.
- To twój pierwszy samodzielnie zdobyty szczyt - dodał tata.
- A ja mam dla ciebie medal z tej okazji - wtrącił swoje trzy grosze Miś,
wręczając Ani wspaniały medal z rysunkiem wierzchołka nad wierzchołkami.
Dziewczynka uśmiechnęła. Co prawda niemiło zaczęła się ta wędrówka, ale za to miło
się skończyła.
- Wiesz tato - powiedział Maciek, który właśnie wrócił ze schroniska.
- Zdobyłem sześć punktów. Jeszcze dwa na dół i będę miał osiem.
- Na dół? - spytała zaniepokojona Ania. - Jak to na dół? Musimy teraz zejść na dół?
- Nie tak od razu - uśmiechnął się tata. - Najpierw odpoczniemy, napatrzymy się na
góry, a potem ... zejdziemy na dół.
- O nie! Znowu się zaczyna - pomyślała Ania, ale nie powiedziała tego głośno.
Postanowiła, że będzie dzielna. Raz jej się udało, to czemu nie miałoby się udać
znowu. Poza tym miała nadzieję, że po drodze spotka "lejenia" z małym "lejonkiem".
- Misiu! Wymyślaj zadania na drogę powrotną ... - powiedziała stanowczo.
|
|